Tele-Hity Filmosfery (5.08-11.08.2016)
Kasia Piechuta | 2016-08-05Źródło: Filmosfera
Sobota (6.08), Polsat, 12:40

Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa (2005)

Produkcja: USA
Reżyseria: Andrew Adamson
Obsada: Georgie Henley, Skandar Keynes, William Moseley, Anna Popplewell, Tilda Swinton

Opis: Kiedy niemieckie bombowce atakują Londyn, czwórka rodzeństwa Pevensie zostaje wyekspediowana na wieś do posiadłości tajemniczego profesora Kirke. Spodziewają się, że odtąd prowadzić będą raczej nudną egzystencję, z dala od wojennych atrakcji. Ale wkrótce, podczas banalnej zabawy w chowanego, jedno z nich otwiera przypadkiem drzwi do innego świata, rozpoczynając ich życiową przygodę. Ten nowy świat - Narnia, to kraina skuta lodem za przyczyną odwiecznej klątwy rzuconej przez Białą Wiedźmę, władczynię tej krainy. Sprawy pogarszają się jeszcze bardziej, gdy drugie z dzieci, Edmund, wdaje się w konszachty z czarownicą. Pozostała trójka przy pomocy pary bobrów oraz innych mówiących zwierząt stara się dotrzeć do miejsca, gdzie jak chodzą słuchy, przebywa prawowity pan Narnii - lew Aslan, syn Władcy-Zza-Morza, aby uprosić u niego litość dla Edmunda i wyzwolenie Narnii spod czarów Białej Wiedźmy.

Rekomendacja Filmosfery (Marta Suchocka): „Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa” to przede wszystkim bardzo dobra ekranizacja pierwszej części sagi C. S. Lewisa. Nie dość, że dobra to jeszcze wierna – twórcy nie tylko trzymają się wiernie opowiadanej historii, ale czerpią również pełnymi garściami z książkowych dialogów. I tak obraz Adamsona to magiczna, wręcz bajkowa opowieść o walce dobra ze złem, wyzwoleniu się spod władzy tyrana i dojrzewaniu. Jednak przy ekranizacji książki fantasy z takim budżetem, historie te stają się jedynie tłem dla pięknych obrazów pojawiających się na ekranie. Krajobrazy i fantastyczne postaci – fauny, gadające bobry i inne cudactwa. Wizualnie „Lew, Czarnownica i Stara Szafa” stoi na naprawdę wysokim poziomie. I choć aktorsko jest zaledwie poprawnie, poza Tildą Swinton, której Biała Czarownica jest po prostu genialna, to film jest zdecydowanie godny polecenia.


Poniedziałek (8.08), Polsat, 20:10

Terminator: Ocalenie (2009)

Produkcja: USA, Niemcy, Wielka Brytania
Reżyseria: McG
Obsada:  Christian Bale, Sam Worthington, Anton Yelchin, Moon Bloodgood, Common

Opis: Akcja filmu osadzona jest w post-apokaliptycznym 2018 roku. John Connor to człowiek, którego przeznaczeniem jest prowadzić opór przeciwko Skynet i armii Terminatorów. Ale przyszłość, w którą Connor od początku wierzył, zostaje częściowo zmieniona na skutek pojawienia się Marcusa Wrighta, obcego, którego ostatnim wspomnieniem jest pobyt w celi śmierci. Connor musi teraz zdecydować czy Marcus został przysłany z przyszłości, czy jest zbiegiem z przeszłości. Kiedy Skynet przygotowuje ostateczny atak, Connor i Marcus rozpoczynają odyseję, która zabiera ich do serca operacji Skynet, gdzie odkrywają straszną tajemnicę związaną z możliwością unicestwienia rasy ludzkiej.

Rekomendacja Filmosfery (Mateusz Michałek): Dwie pierwsze części „Terminatora” przeszły do historii kina, powodując rewolucję technologiczną w kręceniu efektów specjalnych. Fani serii byli niezmiernie rozczarowani trzecią częścią trylogii, „Buntem maszyn” z 2003 roku, i gdy pojawiły się pierwsze informacje o kontynuacji, wielu z nich wątpiło, że obraz dorówna choćby „Dniowi Sądu”. Przyznam, że jako fan serii sceptycznie podchodziłem do realizacji tego obrazu, nie mogę jednak powiedzieć, że czuję się rozczarowany. Z ekranu wręcz bije magia technologii. Zawrotne tempo akcji zapiera dech w piersiach, bowiem gdy kończy się jedna strzelanina, to zaraz możemy spodziewać się kolejnej i tak się dzieje przez cały film. Niestety, w produkcji brakuje poczucia humoru tak charakterystycznego dla „Dnia Sądu”, rozbrajającego i cierpkiego, a zarazem wręcz groteskowego. Podobnie sprawa ma się z odrobiną refleksji, bowiem w natłoku strzałów, huków itp. zatraca się ukryty sens obrazu. Niesamowite wrażenie robi natomiast postapokaliptyczna scenografia, tak niespotykana w kinie. To, co widzieliśmy w urywkach pierwszych dwóch „Terminatorów” czy w  opowieści Kyle'a Reese'a, stało się w obrazie rzeczywistością. „Terminator: Ocalenie” nie dosięga poziomem dwóm pierwszym częściom, drażni widza wybrakowaną fabułą i irytuje zbyt ckliwymi i patetycznymi dialogami, jednakże wyróżnia się szybką akcją, nagłymi zmianami wydarzeń oraz niezwykłymi efektami specjalnymi. Uważam, że najnowszy „Terminator” jest pozycją godną polecenia zarówno starszym fanom serii, jak i tym, którzy dopiero poznają historię walki ludzkości z maszynami.


Poniedziałek (8.08), ale kino+, 22:00

Witaj w klubie (2013)

Produkcja: USA
Reżyseria: Jean-Marc Vallée
Obsada: Matthew McConaughey, Jennifer Garner, Jared Leto, Steve Zahn, Dallas Roberts

Opis: Ron żyje z dnia na dzień. Pali jak smok, lubi bourbon, kobiety i rodeo. Nic ponad szybkie i proste przyjemności. Wiadomość o tym, że jest nosicielem wirusa HIV to dla niego szokujący wyrok, z którym nie chce się pogodzić. Jedzie do Meksyku, z którego zamierza szmuglować zakazane w USA leki. Po powrocie niespodziewanie zdobywa sojusznika w osobie queerowego transseksualisty Rayona („Leto jest wprost cudowny jako ekscentryczny bohater drugoplanowy” Hollywood Reporter). Ten pozornie niedobrany duet wspólnie zaczyna prowadzić klub, w którym inni szukają ratunku. Ron to człowiek daleki od ideału, jednak z ogromną siłą charakteru.

Rekomendacja Filmosfery (Paweł Marek): Każdy człowiek ceni swoje życie wyjątkowo wysoko, a cena za życie rośnie proporcjonalnie do naszego złego stanu zdrowia. Jak wiele poświęcilibyście żeby ratować samych siebie, a jak wiele dla życia innych? Tym założeniem kieruje się film „Dallas Buyers Club” i są to dwa pytania, które prędzej czy później dotkną każdego z nas. Przed śmiercią nie da się uciec, ale jeśli śmierć sama nas szuka, dopiero wtedy doceniamy to, co mieliśmy i to, co jeszcze możemy dać. Matthew McConaughey wcielił się w rolę, która dała mu Oscara. Jeszcze kilka la temu brylował w komediach romantycznych, w których liczyła się jego miła aparycja i zadbane ciało. Otworzyło mu to drogę do kina popularnego, jednak dopiero od niedawna zaczął grać w filmach, które pozwoliły mu rozwinąć skrzydła i pokazać prawdziwy talent, którego posiadanie udowodnił w „Witaj w klubie”. Nie inaczej było z drugim zdobywcą Oscara, Jaredem Leto. Okazjonalnie pojawiał się w produkcjach lepszych i gorszych, więcej czasu poświęcając graniu w „30 Seconds to Mars”, aby w końcu trafić na rolę, która pokazała cały jego potencjał artystyczny. W pełni zasłużone Oscary!


Środa (10.08), Polsat, 20:40

Łatwa dziewczyna (2010)

Produkcja: USA
Reżyseria: Will Gluck
Obsada: Emma Stone, Penn Badgley, Amanda Bynes, Dan Byrd, Thomas Haden Church

Opis: Jedno zdanie powiedziane na odczepnego... i nagle szara szkolna myszka Olive jest postrzegana jako najbardziej namiętna nastolatka w okolicy. Znakomita młodzieżowa komedia pomyłek.

Rekomendacja Filmosfery (Mateusz Michałek): Po „Łatwej dziewczynie” spodziewałem się tandety, kolejnej żałosnej produkcji typu „American Pie” czy „Supersamiec”, pozbawionego polotu odmóżdżacza. Jak wielkie było moje zaskoczenie po seansie, na którym zobaczyłem całkiem zabawną komedię, która posiada drugie, głębsze dno. Produkcja, mimo pewnych wad, jest naprawdę śmieszna, dzięki dobrze napisanemu scenariuszowi, który nie stawia na wygłupy bohaterów, wulgaryzmy, seksistowskie i zbereźne żarty, zaniżające poziom obrazu. Mocnym elementem dzieła Glucka jest dobrze zarysowana fabuła, która nadaje odpowiednie tempo i dynamikę obrazowi, dzięki czemu oglądanie "Łatwej dziewczyny" mija szybko i przyjemnie. Całkiem nieźle wypada obsada aktorska, przede wszystkim dzięki świetnej kreacji Emmy Stone. Jej wyczyny na ekranie ogląda się przyjemnie, ponieważ nie dość, że posiada spory, komediowy talent, to posiada również niesamowity błysk w oku, przyciągający uwagę widza. Reasumując, „Łatwej dziewczynie” do ambitnego kina sporo brakuje, jednak, cytując tytuł jednego z filmów: „To nie jest kolejna komedia dla kretynów”. Obraz pomimo pewnych wad i niedoskonałości, jest naprawdę bardzo zabawną produkcją. Polecam.


Środa (10.08), Stopklatka, 23:50

Vicky Cristina Barcelona (2008)

Produkcja: USA, Hiszpania
Reżyseria: Woody Allen
Obsada: Javier Bardem, Penélope Cruz, Scarlett Johansson, Rebecca Hall

Opis: Dwie młode Amerykanki, Vicky i Cristina, przyjeżdżają na wakacje do Barcelony. Vicky, inteligentna i czuła, ma niedługo wyjść za mąż; otwarta na emocjonalne i seksualne przygody Cristina to jej zupełne przeciwieństwo. Podczas pobytu, obie bohaterki dają się wciągnąć w niekonwencjonalną, romantyczną i seksualną przygodę z Juanem Antonio, charyzmatycznym malarzem, uwikłanym w burzliwą i skomplikowaną relację ze swoją byłą żoną, Marią Eleną.

Rekomendacja Filmosfery: „Vicky Cristina Barcelona” reklamowano jako film Woody’ego Allena w świecie Pedro Almodóvara. Na pewno jest w tym trochę prawdy, ale nie należy tej sugestii brać sobie zbytnio do serca, bowiem poza nietypowym dla nowojorskiego reżysera miejscem akcji, film jest na wskroś allenowski. Mamy więc skomplikowane relacje między bohaterami, poważne oraz zupełnie niepoważne dialogi, przemyślenia i rozterki głównych bohaterów – słowem, wszystko to, co typowe dla Allena i lubiane przez jego fanów. Niemniej nie sposób zaprzeczyć, że akcja filmu osadzona w pięknej Hiszpanii i towarzysząca nam przez cały seans cudowna, przepełniona dźwiękami gitary klasycznej muzyka, nadają filmowi niepowtarzalny charakter, co sprawia, że „Vicky Cristina Barcelona” wyróżnia się na tle innych filmów Allena – w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Nie brakuje też świetnie skrojonych postaci – każde z czworga głównych bohaterów to kompletnie inna osobowość, ich charaktery ścierają się na ekranie, tworząc prawdziwie wybuchową mieszankę. Dla fanów Woody’ego Allena „Vicky Cristina Barcelona” to oczywiście pozycja obowiązkowa, ale polecam go również tym, którzy za obrazami nowojorskiego reżysera nie przepadają. Klimat tego filmu jest niezwykle sugestywny, oglądając go można się poczuć jak w Hiszpanii. Warto, choćby na czas seansu, dać się uwieść urokowi tego kraju, jego mieszkańców i wypełniającej go muzyki.