Piątka Filmosfery - najlepsze filmy 2018 roku
Katarzyna Piechuta | 23 dni temuŹródło: Filmosfera
Rok 2018 dobiegł końca. Obfitował w wiele dobrych filmów i był niezwykle ważnym rokiem również dla polskiego kina. Czekając już z niecierpliwością na kolejne kinowe premiery, wybraliśmy najlepsze naszym zdaniem filmy 2018 roku (kolejność przypadkowa), które prezentujemy w najnowszej „Piątce Filmosfery”.

1. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” (2017), reż. Martin McDonagh
„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to film kompletny. Totalna wiwisekcja amerykańskiego życia. Film doskonale obnaża lęki, kompleksy, z którymi zmaga się obecnie amerykańskie społeczeństwo. Ukazana jest Ameryka rasistowska, homofobiczna, zanadto hermetyczna, małostkowa, mało rozwojowa, dusząca się we własnej wielkości i legendzie o „amerykańskim śnie”. Scenariusz jest prosty (historia zemsty, szukania prawdy i sprawiedliwości), a jednocześnie tak niebanalny. W tej jakże trudnej, smutnej tematyce twórcy cudownie wpletli wielkie połacie humoru. Niekonwencjonalnego, mocno kontrowersyjnego. Czarnego humoru. Dialogi są prześmiewcze, ostre jak brzytwa, brak w nich poprawności politycznej. To wszystko zostało pięknie ukazane przez znakomite zdjęcia i nieoczywiste kadrowanie (Ben Davis). Do tego w tle słyszymy oryginalną muzykę Cartera Burwella (nominacja do Oscara), która z niezwykłą gracją przeplatana jest muzyką źródłową Ameryki, czyli country. No i najważniejsze. Zdecydowanie najlepsze kreacje aktorskie ubiegłego roku. Frances McDormand, Woody Harrelson i Sam Rockwell stworzyli kreacje wybitne, a przez to niezapomniane. Wszystkie składowe sprawiają, że film łapie widza za gardło i trzyma do samego końca. Tak działa kino przez duże K. Dla mnie najlepsze prawie dwugodzinne obcowanie z materią filmową w roku 2018. Sylwia Gorgoń

2. “Nić widmo” (2017), reż. Paul Thomas Anderson
Jeżeli wierzyć zapowiedziom, „Nić widmo” to ostatni film, w jakim zagrał Daniel Day-Lewis. Trudno wyobrazić sobie lepsze aktorskie pożegnanie. W filmie Paula Thomasa Andersona wcielił się on w postać Reynoldsa Woodcocka, słynnego krawca-artystę cieszącego się powszechnym uznaniem w Londynie w latach 50-tych. Skupiający się na pracy, będącej jednocześnie jego największą pasją, Reynolds Woodcock prowadzi życie uporządkowane do granic możliwości. Ten stan rzeczy zmienia się, gdy poznaje młodą kelnerkę Almę. Dziewczyna, wkraczając jak huragan w życie Reynoldsa, narusza coraz to kolejne zasady, których w domu ekscentrycznego i nieznoszącego sprzeciwu krawca panuje nieskończenie wiele. Zaczyna się swoista gra między rozkapryszonym niczym dziecko i przekonanym o swojej wyjątkowości Reynoldsem a pełną życia Almą, którą miłość do mężczyzny pcha zarówno do poświęceń, jak i… mocno niekonwencjonalnych posunięć. Cała historia jest przy tym przepiękna wizualnie. Już samo obserwowanie na ekranie wysublimowanych wnętrz i fantastycznych kostiumów cieszy oko, jednak to praca kamery sprawia, że „Nić widmo” możemy nazwać wizualnym arcydziełem. Liczne zbliżenia, ciasne kadry i dbałość o każdy detal doskonale oddają sztywność i konwencjonalność świata, w jakim żyje Reynolds, i które dla Almy są niczym klatka. „Nić widmo” to idealna wprost synergia strony formalnej i fabularnej. Katarzyna Piechuta

3. „Zimna wojna” (2018), reż. Paweł Pawlikowski
Historia opowiedziana w najnowszym filmie Pawła Pawlikowskiego jest znana kinu od lat. To opowieść o wielkiej i niełatwej miłości dwojga ludzi, którzy kochają się tak bardzo, że nie potrafią być ze sobą i jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. Miłość Zuli i Wiktora (imiona rodziców reżysera filmu) widz śledzi na tle wydarzeń zimnej wojny lat 50. XX wieku. Niewątpliwie „Zimna wojna” to największy sukces polskiej kinematografii od lat. Ten biało-czarny film zachwyca stylem, który Pawlikowski pokazał już w „Idzie”. Pod oszczędnym i surowym obrazem kryją się buzujące emocje oraz namiętności. Wizualnie i estetycznie film jest majstersztykiem. Klasycznie, ze smakiem, a jednocześnie nieszablonowo. Obraz dopełnia muzyka, która służy reżyserowi jako środek narracyjny oraz wizualizacja emocji bohaterów. „Zimna wojna” to także popis aktorski dwójki aktorów. Zjawiskowa, fascynująca Joasia Kulig i genialny magnetyczny Tomasz Kot swoimi kreacjami otwarli sobie drogę do kariery międzynarodowej. Trzymajmy za nich kciuki. Sylwia Gorgoń

4. „Narodziny gwiazdy” (2018), reż. Bradley Cooper
Reżyserskiego debiutu Bradley’a Coopera z pewnością wiele osób było ciekawych. Przygoda ta mogła się potoczyć różnie, bowiem w historii Hollywood nie brakuje przykładów kompletnych porażek, jakimi kończyły się marzenia aktorów o sprawdzeniu się w roli reżysera. Tymczasem „Narodziny gwiazdy” to film, któremu trudno cokolwiek zarzucić, bo nawet mankamenty w postaci schematyczności czy braku oryginalności fabuły rekompensowane są innymi elementami, i to z nawiązką. „Narodziny gwiazdy” już od pierwszych minut wciągają nas w świat muzyki i miłości, w którym przepadamy bez reszty tak samo jak dwoje głównych bohaterów. Bradley Cooper i Lady Gaga stworzyli świetne kreacje aktorskie. Cooper musiał wcielić się w niełatwą do zagrania rolę Jacka, uzależnionego od alkoholu gwiazdora muzyki country. Natomiast Lady Gaga jako Ally, stojąca na progu muzycznej kariery, udowodniła, że nie tylko swoim głosem potrafi zachwycić, ale również grą aktorską. Chemia między Jackiem i Ally widoczna jest na ekranie już na pierwszy rzut oka – bohaterowie wydają się być bardzo prawdziwi w swoich emocjach i uczuciach. Natomiast prawdziwym wulkanem wrażeń są wspólne sceniczne występy Jacka i Ally, które chwytają widza za serce. Utwory „Shallow” czy „I’ll Never Love Again” już stały się hitami, zresztą zasłużenie. Pozostaje nam zatem pogratulować Bradley’owi Cooperowi tak udanego debiutu reżyserskiego i liczyć na jego kolejne przedsięwzięcia. Katarzyna Piechuta

5. „Roma” (2018), reż. Alfonso Cuarón
Rok 1970. Meksyk. Dzielnica Roma. W tle reżim prezydenta Álvareza. Poznajemy wielodzietną, zamożną rodzinę oraz ich służącą Cleo. To historia o męskich słabościach i hipokryzji. To opowieść o kobiecej sile i niezłomności. Najbardziej osobisty z dotychczasowych filmów Cuaróna. Łatwo dostrzec, że reżyser wplata w historię filmową własne przeżycia, uczucia i zmory przeszłości. Z ekranu bije jednocześnie nostalgia i melancholia, ale także siła. Brak tu tanich emocji, łatwej gry z widzem. Niesamowita oszczędność środków, dyscyplina w komponowaniu kadrów, dbanie o każdy detal, ruch kamery czy zbliżenie sprawiają, że wszystkie sceny w „Romie” stają się symboliczne. Film totalny. Współczesne, kameralne arcydzieło. A co ważniejsze dla historii całej kinematografii - pierwsze arcydzieło Netflixa. Sylwia Gorgoń