Piątka Filmosfery - filmy grozy
Katarzyna Piechuta | 20 dni temuŹródło: Filmosfera
Nadchodzi najstraszniejsza noc w roku - idealna okazja, by zafundować sobie maraton filmów grozy. Z okazji Halloween przedstawiamy pięć wartych obejrzenia filmów, na których można się nieźle przestraszyć…

1. „Halloween” (1978), reż. John Carpenter
Czym by było Halloween bez „Halloween” Johna Carpentera? Nikt chyba nie wierzył, że slasher poczatkującego pasjonata kina Carpentera osiągnie taki sukces komercyjny, jednocześnie stając się filmem kultowym, nierozerwalnie wpisanym we współczesną kulturę rozrywkową. A jednak się udało. Carpenter poświęcił się filmowi totalnie. Nie tylko był reżyserem, ale także scenarzystą, a w dodatku to właśnie on skomponował prosty, lecz niebanalny motyw muzyczny, który stał się jednym, z najpopularniejszych i najmocniej rozpoznawalnych w historii kina. Historia rozpoczyna się w noc Halloween roku 1963. Sześcioletni Michael Myers zabija nożem swoją siostrę. Po tej zbrodni trafia do szpitala psychiatrycznego pod opiekę dr Loomisa. Kilkanaście lat później udaje mu się uciec i znowu staje się dosłownie śmiertelnie niebezpieczny. Szczególnie dla młodej Laurie Strode (debiutująca Jamie Lee Curtis). „Halloween” choć jest pierwowzorem dla wszystkich powstałych później slasherów, to wyróżnia go mocno minimalistyczny klimat pełny grozy, niepokoju i niebezpieczeństwa. Dramaturgia po mistrzowsku budowana jest po przez długie ujęcia. Co istotne „Halloween” nie epatuje brutalnością, wszystko oparte jest na niedomówieniach i tajemnicy. Zamaskowany Michael Myers jest tą tajemnicą. Enigmatycznym mordercą, którego na ekranie prawie nie ma. I właśnie ten brak niepokoi widza najbardziej, gdyż wiemy że gdzieś tam się czai ze zbrodniczymi zamiarami. Carpenter znakomicie też dobrał aktorów. Zachwyca Donald Pleasence, który wcielił się w rolę dr Loomisa, a wymarzony debiut ma Jamie Lee Curtis. „Halloween”, który kosztował w sumie 300 tysięcy dolarów to po dzień dzisiejszy jest wzorem slashera. Sylwia Nowak-Gorgoń

2. „Adwokat diabła” (1997), reż. Taylor Hackford
Już sam tytuł filmu Taylora Hackforda jest elektryzujący – nie wiemy, czy chodzi o przenośnię, czy może powinno się go odczytywać dosłownie. I nie na tytule Hackford poprzestaje – „Adwokat diabła” to świetny thriller: mroczny, tajemniczy, dający odczuć, że tuż za rogiem czai się niebezpieczeństwo. Film zawiera w sobie elementy moralitetu, ciągle przeplatają się w opowieści elementy dobra i zła, pomiędzy którymi główny bohater nieustannie lawiruje. Jeżeli chodzi o grę aktorską, w „Adwokacie diabła” widoczna jest niestety kłująca w oczy przepaść między kreacją Ala Pacino a tym, co prezentuje Keanu Reeves. Pacino zagrał wprost wyśmienicie i przyćmiewa swego młodszego kolegę. Jednak przy licznych zaletach obrazu można przymknąć oko na drewnianą grę Reevesa. „Adwokat diabła” to nie film dla ludzi o słabych nerwach, choć i tacy raczej nie będą żałować, gdy go obejrzą. Bowiem trzymający w napięciu nastrój to nie wszystko – liczy się również przesłanie filmu, które ma wydźwięk przede wszystkim moralny. Co my zrobilibyśmy na miejscu Kevina Lomaxa? No właśnie. Życie jest sztuką wyboru – ta sentencja zdaje się idealnie oddawać istotę „Adwokata diabła”. Katarzyna Piechuta

3. „Inni” (2001), reż. Alejandro Amenábar
„Inni” oferują dużo więcej, niż tylko to, że można się bać w trakcie seansu (niektórzy twierdzą, że nie ma się tam czego bać, choć ja jestem innego zdania). Chodzi o perfekcyjne budowanie atmosfery grozy, która nieustannie towarzyszy nam podczas seansu. Film jest niezwykle klimatyczny, przepełniony tajemnicą i lękiem, ale również smutkiem i tęsknotą. Wiktoriański dwór, piękny i przerażający zarazem, jest równorzędnym bohaterem – to on stanowi centrum wszystkich wydarzeń. Jeżeli nie dla fabuły, to przynajmniej dla klimatu tego filmu oraz świetnych zdjęć warto obejrzeć „Innych”. Łatwo można dostrzec, że Alejandro Amenábar przy tworzeniu „Innych” wzorował się na „Rebece” w reżyserii mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka. To, że Hitchcock stanowił inspirację dla reżysera „Innych”, wyszło filmowi jedynie na dobre. Katarzyna Piechuta

4. „30 dni mroku” (2007), reż. David Slade
„30 dni mroku” to historia grupy mieszkańców małego miasteczka na Alasce. Gdy nadchodzi coroczna całkowita ciemność, większość ludzi wyjeżdża. Pozostają tylko nieliczni, aby dopilnować porządku w tym mroźnym miejscu. Nie zdają sobie sprawy, że w miasteczku pojawili się śmiertelnie niebezpieczni obcy, którzy dysponują nadprzyrodzonymi zdolnościami. Gdy słońce zajdzie na tak długi czas, zacznie się walka o (prze)życie. Rasowy horror, który pokazuje, że czasem walka z wampirami jest dużo łatwiejsza niż z demonami własnej duszy. Mroźny, śnieżnobiały krajobraz prezentowany w filmie sam w sobie jest fascynujący, ale równocześnie stanowi znakomite tło dla krwawych poczynań krwiożerczych wampirów. Już pierwsze ujęcie bezmiaru śnieżnej przestrzeni nasuwa myśl, iż ta czysta biel będzie dobrze komponować się z karminowymi plamami krwi. Właśnie klimatyczne zdjęcia, za które odpowiedzialny był Jo Willems, to jedna z najmocniejszych stron tego obrazu. Sylwia Nowak-Gorgoń

5. „Obecność” (2013), reż. James Wan
„Obecność” to historia rodzina Perronów, która po wprowadzeniu się do nowego domu, który ulokowany jest (jakżeby inaczej) na odludnej farmie. Domownicy ewidentnie wyczuwają czyjąś (złowrogą) obecność. Carolyn Perron (Lili Taylor) wraz z mężem Rogerem (Ron Livingston) i swoimi pięcioma córkami z dnia na dzień będzie doświadczać coraz bardziej przerażających oznak obecności demonicznych mocy. By ratować rodzinę kobieta prosi o pomoc małżeństwo badaczy zjawisk paranormalnych Lorraine Warren (Vera Farmiga) i Eda Warrena (Patrick Wilson). Jednakże nawet oni nigdy wcześniej nie doświadczyli takiej mocy i zła. „Obecność” to kawał dobrego klasycznego horroru, bez tanich chwytów, zwrotów akcji czy wolt fabularnych. Bez puszczania oka do widza. Wszystko jest na poważnie, dlatego też budowane napięcie i strach są mocniej odczuwalne. Poza tym fabuła spleciona została historiami dwóch rodzin. W ten sposób strach jest zdublowany przez dwa ciekawie poprowadzone wątki, które łączą się ze sobą w nawiedzonym domu Perronów. Ujęcia kamery, środki przekazu, muzyka, nawet nawiązania filmowe („Egzorcysta”, „Duch”, „Horror Amityville” „Sinister”) nie próbują złamać schematu gatunkowego. I poprzez ową konsekwencję „Obecność” jest zajmująca i ciekawa. Co nie zawsze zdarza się w filmach tego gatunku, aktorzy grają bardzo dobrze. Świetni są Vera Farmiga i Patrick Wilson, ale nie ma co ukrywać, że to do Lili Taylor należą kluczowe sceny (zapalenie zapałki jeszcze nigdy nie było tak emocjonujące i podszyte strachem). Kolejny raz udowodniono, że klasyka nigdy nie wychodzi z mody. Sylwia Nowak-Gorgoń