Piątka Filmosfery - filmy z morzem w tle
Sylwia Nowak-Gorgoń | 28 dni temuŹródło: Filmosfera
24 września będziemy obchodzić Światowy Dzień Morza. Święto ma na celu uświadamianie społeczeństwu i rządom, jak ważna jest ochrona środowiska morskiego. Data obchodów upamiętnia rocznicę podpisania Konwencji, na mocy której powołano Międzynarodową Organizację Morską. Z tej okazji redakcja Filmosfery postanowiła przedstawić pięć filmów, w których morze czy ocean stają się jednym z głównych bohaterów, symbolem czy piękną metaforą.

Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły” (2003), reż. Gore Verbinski
Seria filmów o „Piratach z Karaibów” szybko podbiła serca widzów na całym świecie i wpuściła powiew świeżego powietrza do kategorii obrazów opowiadających o piratach. Okazało się, że historie te nie muszą być staroświeckie – mogą stanowić nowoczesną, komediową wariację filmu przygodowego, która będzie w stanie sprostać wymaganiom współczesnego widza. „Klątwa Czarnej Perły” to pierwsza i zarazem najlepsza część serii. Verbinski serwuje w „Piratach…” wszystko to, co powinno się znaleźć w filmie przygodowym, i to na najwyższym poziomie: intrygujący scenariusz pełen humorystycznych dialogów, piękne zdjęcia (aż chce się jechać na Karaiby!), świetną muzykę (Hans Zimmer stworzył dźwiękową kwintesencję pirackich przygód) i w końcu genialne aktorstwo Johnny’ego Deppa i Geoffrey’a Rusha, od których wprost nie można oderwać oczu. Wykreowana przez Deppa przezabawna postać Jacka Sparrowa, wiecznie pytająca „Why is the rum gone?”, stała się popkulturową ikoną. Ale my do seansu rumu potrzebować nie będziemy – świetna rozrywka i tak jest gwarantowana. A co oprócz rumu Jack Sparrow kocha najbardziej? Największe szczęście daje mu przemierzanie bezkresnego morza na swojej ukochanej Czarnej Perle. Z racji tematyki filmu, morze towarzyszy bohaterom na ekranie prawie przez cały czas. Symbolizuje niczym nieskrępowaną wolność, ale też kryje w sobie mroczne tajemnice. I przyciąga niczym magnes. Może i my po seansie powiemy razem z Jackiem Sprarrowem: „Bring me that horizon”? Katarzyna Piechuta

Pojutrze” (2004), reż. Roland Emmerich
Czasem, żeby dowiedzieć się czegoś o filmie, wystarczy poznać nazwisko jego reżysera. Roland Emmerich – i wszystko wiadomo. Dzieła tego amerykańskiego reżysera praktycznie zawsze zapewniają nam wielkie widowisko, pełne akcji i efektów specjalnych. Nie inaczej jest w przypadku filmu „Pojutrze”. Mamy tu do czynienia z typową konstrukcją filmu katastroficznego – pojawia się naukowiec Jack Hall (Dennis Quaid), który informuje rządzących o zbliżającej się katastrofie klimatycznej, jednak, jak łatwo przewidzieć, jego ostrzeżenia zostają zignorowane. Dochodzi do serii anomalii i gwałtownych zjawisk pogodowych i klimatycznych w różnych częściach globu. Jak to zwykle bywa, Nowemu Jorkowi mocno się dostaje i w spektakularny sposób zostaje zalany falą powodziową z oceanu. Do akcji wkraczają świetne efekty specjalne, a my oglądamy na ekranie gigantyczne fale wdzierające się między wieżowce metropolii. W „Pojutrze” ocean to nieokiełznany żywioł niosący zagładę. Po przejściu fali powodziowej gwałtownie spada temperatura i wszystko zamarza w przeciągu kilku minut. Również w Nowym Jorku przebywa syn Jacka, Sam (Jake Gyllenhaal), który chroni się bibliotece publicznej razem z innymi ocalałymi. W tym samym czasie Jack wyrusza na poszukiwania syna. „Pojutrze” to typowy obraz katastroficzny – liczy się pomysł na fabułę, dramatyczność, trzymanie widza w napięciu i, przede wszystkim, spektakularne efekty specjalne. Katarzyna Piechuta
 
Życie ukryte w słowach” (2005), reż. Isabel Coixet
„Życie ukryte w słowach” Isabel Coixet to cichy, kameralny, poruszający dramat. Hanna (przejmująca Sarah Polley) pracuje w fabryce. Żyje według ścisłych reguł. Stara się z nikim nie spotykać, do nikogo się nie odzywać. Unika relacji międzyludzkich. Gdy zostaje  dosłownie zmuszona do wyjazdu na urlop, zatrudnia się na platformie wiertniczej w charakterze pielęgniarki rannego w wypadku robotnika Josefa (Tim Robbins). Spotkanie tych dwojga odmieni ich życie. Da im siłę żeby walczyć z potworami przeszłości, które mocno zagnieździły się w ich sercach i umysłach. Coixet czyni z platformy wiertniczej pewnego rodzaju mikrokosmos. Odnajdziemy tam ludzi różnych narodowości, którzy jednak podobnie marzą, pragną czy odczuwają lęk. Utrzymane w chłodnej tonacji zdjęcia Jean-Claude’a Larrieu podkreślają intymną atmosferę filmu. Jeden z najbardziej poruszających dramatów w kinie. Film, który zostaje w pamięci i sercu. Sylwia Nowak-Gorgoń

Radio na fali” (2009), reż. Richard Curtis
Anglia roku 1966. Radia grają tylko przez 45 minut muzykę rozrywkową na dobę. Na szczęście są ludzie, którzy nie chcą podporządkować się ustalonym regułom. Konkretyzując - radiowcy, nadający 24 godziny na dobę z nielegalnej rozgłośni, która umiejscowiona jest na statku zakotwiczonym na wodach międzynarodowych. Richard Curtis, kreśląc tę opowieść bazował na prawdziwej historii radia Caroline, które nadawało bez licencji ze statku, nieprzerwanie między rokiem 1964 a 1968. „Radio na fali” to świetny film. Oglądając go ma się nieodparte wrażenie, że był on zrobiony z entuzjazmem i pomysłem. Jest niesamowicie stylowy jeśli chodzi o stronę wizualną. Piękne zdjęcia nasycone kolorami, doskonały montaż, sekwencje wzorowane na wideoklipach wspaniale oddają ducha niepokornych lat 60. XX wieku. Aura niezwykłości, lekkiego przerysowania rzeczywistości, umiejętne balansowanie na granicy kiczu, odrobina nostalgii, duże pokłady brytyjskiego poczucia humoru. Absurdalny humor głównie oparty został na zestawieniu niezwykłej galerii zwichrowanych radiowców. Postaci w filmie to jeden z najmocniejszych punktów. Mocno nakreślone, wręcz przerysowane. W dodatku mistrzowsko zagrane przez charyzmatycznych aktorów. Dekadencki Bill Nighy, stylowy Rhys Ifans, uroczy Nick Frost, Rhys Darby śpiewający „Stay with me baby”, milczący i seksowny Tom Wisdom, młodzieńczy Tom Sturridge czy Kenneth Branagh jako konserwatywny, fanatyczny polityk, bez dwóch zdań grają z taką lekkością, zabawą i przymrużeniem oka, że chętnie dołączylibyśmy do tej małej komuny. Osobne słowo należy się nieodżałowanemu Philipowi Seymourowi Hoffmanowi, który w roli Hrabiego, przybysza zza wielkiej wody, jest genialny. Ta postać ma w sobie najwięcej pasji, siły i odwagi. Zresztą to z ust Hrabiego padają zabarwione melancholią, najważniejsze i najpoważniejsze słowa w tym lekko niepoważnym filmie. „Radio na fali” to film opowiadający o okresie, w którym muzyka była enklawą wolności, pasji, miejscem wyrażenia siebie, a nie tylko produktem marketingowym. To obraz o radości życia, przyjaźni i dojrzewaniu. Wspaniały, przezabawny film, który sprawia, że po zakończeniu ma się ochotę krzyknąć za bohaterami: „Rock&Roll”! Sylwia Nowak-Gorgoń

Światło między oceanami” (2016), reż. Derek Cianfrance
Po fenomenalnym „Blue Valentine” ukazującym historię wzlotów i upadków małżeństwa, które próbuje wskrzesić dawne uczucia, kilka lat później Derek Cianfrance wyreżyserował kolejny intymny portret małżeński, prezentując film na podstawie bestsellerowej powieści M.L. Stedmana. „Światło między oceanami” to historia bohatera wojennego Toma Sherbourne (Michael Fassbender), który przyjmuje posadę latarnika na bezludnej wyspie u wybrzeży Australii, oraz jego żony Isabel (Alicia Vikander), która do niego dołącza. Okazuje się, że miłość i szczęście młodej pary nie trwa długo, gdyż oboje marzą o dziecku, którego nie mogą mieć. Życie pisze jednak nieoczekiwane scenariusze, i wkrótce potem Tom znajduje na dryfującej łodzi martwego mężczyznę i żywe niemowlę. Pomimo moralnych obiekcji Toma, oboje postanawiają wspólnie wychować ocalałe dziecko. „Światło między oceanami” to poruszająca opowieść o miłości i rodzinie, ale też o moralnych dylematach i nieprzewidywalności losu. Szczęście i smutek, miłość i tęsknota – to wszystko jasne i ciemne barwy życia, których doświadczają Tom i Isabel na drodze do spełniania swoich marzeń. Film to prawie że teatr dwojga aktorów. Zarówno Alicia Vikander, jak i Michael Fassbender w „Świetle między oceanami” wypadli znakomicie. Ich bohaterowie to pełne miłości, wrażliwe postaci, które świetnie ogląda się na ekranie. Przekazują ogromny ładunek emocjonalny, co czyni Isabel i Toma bardzo „namacalnymi” postaciami, ze wszystkimi ich zaletami i słabościami, którzy jak to w prawdziwym życiu – nie zawsze podejmują dobre decyzje. Dodatkowo „Światło między oceanami” to film przepiękny wizualnie. Kręcono go w urzekających plenerach Australii i Nowej Zelandii, i to właśnie te surowe krajobrazy, a przede wszystkim wizerunek tajemniczego i groźnego oceanu idealnie dopełniają zmagania psychiczne i emocjonalne głównych bohaterów. Ocean to dla Toma i Isabel jednocześnie bariera odcinająca ich od świata, jak i wybawca, który niczym tajemniczy i nieprzewidywalny bóg przysyła im dziecko, którego tak bardzo pragnęli. Katarzyna Piechuta