Dziesiątka Filmosfery - zestawienie najlepszych filmów obejrzanych w 2020 roku
Sylwia Nowak-Gorgoń | 29 dni temuŹródło: Filmosfera
Chyba już wszyscy czekają aż rok 2020 odejdzie w zapomnienie. To nie był łatwy rok. Pokazał, że naszą rzeczywistość można zniszczyć, jak za pstryknięciem jednego palca. Z nadzieją czekamy na Nowy Rok. Czy normalność w końcu do nas wróci? A wraz z normalnością otwarte kina, premiery filmowe, na które czekamy już tak długo? W związku z zakończeniem tego trudnego roku Redakcja Filmosfery przedstawia zestawienie dziesięciu najlepszych filmów, które widziała w tym pandemicznym roku. Ze względu, że premier filmowych w 2020 było naprawdę mało, to w zestawieniu znalazły się filmy z różnych lat. Takie filmy, które sprawiły, że choć na chwilę uciekliśmy w ten magiczny kinowy świat. Zapraszamy do lektury.

1. Gabinet doktora Caligari" (1920), reż. Robert Wiene
Po 100 latach od światowej premiery, klasyk kina ekspresjonistycznego, „Gabinet doktora Caligari” nadal potrafi zachwycić. „Gabinet doktora Caligari” to film, który prawdziwy miłośnik kina ma obowiązek zobaczyć chociaż raz w życiu. Nieśmiertelny klasyk. Mistrzostwo grozy. Mistrzostwo innowacji. Mistrzostwo kina. Właśnie premierę obrazu Roberta Wiene'a można uznać za początek ekspresjonizmu w filmie. „Gabinet doktora Caligari” to historia o szaleństwie, zbrodni i nieodkrytych, a przez to przerażających zakamarkach ludzkiego umysłu. Scenariusz filmu to dzieło tandemu: Hansa Janowitza i Carla Mayera. Historia opowiedziana w filmie jest następująca: do miasteczka przybywa doktor Caligari ze swoim gabinetem cudów i dziwactw. Główną atrakcją przedstawienia jest przebudzenie somnambulika Cesare'a, który potrafi przewidywać przyszłość. W tym samym czasie w miasteczku ktoś dokonuje straszliwych morderstw. Młody mężczyzna, Francis, któremu bestialsko zamordowano przyjaciela, zaczyna się domyślać, że to wraz z doktorem Caligari do miasteczka zawitała fala zbrodni. „Gabinet doktora Caligari” charakteryzuje się specyficzna formą filmową. Główną rolę w obrazie z 1920 roku odgrywa scenografia. W filmie wykorzystano dekoracje stworzone przez malarzy ekspresjonistycznych: Hermanna Warma, Waltera Röhriga i Waltera Reimanna. Odrealnienie świata, użycie kontrastów, wyzbycie się człowieczeństwa z kadrów filmu (cienie aktorów są namalowane czarną farbą) sprawia, że „Gabinet doktora Caligari” można nazwać wzorowym modelem filmu, który buduje napięcie, wywołuje przerażenie poprzez - niby nieznaczące – elementy diegezy filmowej. Wiene stworzył uniwersalny model horroru. Sceny, które zmieniły na zawsze bieg historii kinematografii (przebudzanie somnambulika; cień noża na ścianie w czasie drugiego morderstwa) można odnaleźć  w filmowych produkcjach po dziś dzień. Innowacją na tamte czasy była także technika wklejenia napisów w sam obraz filmowy (scena szaleństwa Caligariego). Nie można nie wspomnieć o aktorstwie. Werner Krauss jako doktor Caligari tworzy postać niezapomnianą. Przerażającą, tajemniczą i demoniczną, podobnie zresztą jak Conrad Veidt w roli somnambulika Cesare’a. Obydwaj aktorzy dostosowują się swoją grą do zasad samego ekspresjonizmu. Tak więc gra aktorska jest całkowicie nienaturalna, oparta na kontrastach. Poza tym aktorzy chyba po raz pierwszy w historii sztuki filmowej grają wraz ze scenografią. Dostosowują swoje ruchy i gesty właśnie do niej, sprawiając, że rodzi się między nimi niemy, lecz bardzo odczuwalny dialog. Sylwia Nowak-Gorgoń

2. „Kraina miodu” (2019), reż. Tamara Kotevska, Ljubomir Stefanov
Tam, gdzie zaczyna się chęć zwiększania zysków, tam kończy się szacunek dla natury i życie w zgodzie z nią. Boleśnie przekonała się o tym 50-letnia Hatidze mieszkająca w odciętej od świata macedońskiej wiosce, pozbawionej prądu i bieżącej wody. Przez wiele lat Hatidze hodowała pszczoły, nie ingerując jednak mocno w ich tryb życia – stała się w ten sposób jedną z ostatnich niezależnych pszczelarek, sprzedających miód w małych partiach, aby nie eksploatować pszczół. Jednak wraz z pojawieniem się nowych sąsiadów z gromadką rozwrzeszczanych dzieci zmienia się nie tylko spokojne dotąd życie Hatidze, ale też pod znakiem zapytania staje jej hodowla pszczół. Sąsiedzi nie są zainteresowani tradycyjną, zrównoważoną hodowlą, a ich eksploatowanie tych owadów stanowi zagrożenie również dla Hatidze. „Kraina miodu” to klasyczna opowieść z morałem: jeśli nie będziesz szanować przyrody, ona obróci się przeciw tobie. Twórcy filmu zadbali o to, by ukazać w szczegółowy sposób, jak może wyglądać współpraca człowieka z naturą, poprzez sportretowanie głównej bohaterki, kochającej swoje pszczoły i dbającej o ich dobre życie. Obraz zdecydowanie daje do myślenia, a jego wydźwięk dodatkowo uwypukla świetna realizacja. Przepiękne zdjęcie w „Krainie miodu” sprawiają, że chcemy chłonąć oczami kadr, niezależenie od tego, czy oglądamy właśnie „dziki” fragment Macedonii, czy pogrążoną w mroku, skrajnie ubogą izbę, w której przebywa matka Hatidze. „Kraina miodu” to produkcja dobra właściwie w każdym wymiarze: fabularnym, wizualnym, dźwiękowym. Po prostu tak powinno się robić filmy dokumentalne. Katarzyna Piechuta

3. Zaginiona dziewczyna" (2019), reż. Koji Fukada
„Zaginiona dziewczyna” w reżyserii Kôji Fukady to przejmujący dramat, który momentami przeistacza się w klimatyczny thriller psychologiczny. Film Fukady to historia Ichiko (Mariko Tsutsui). Jej życie toczy się w normalnym rytmie. Jest spełnioną i docenianą pielęgniarką, układa sobie życie prywatne z jednym z lekarzy, z którym pracuje. Chce stać się także troskliwą opiekunką dla kilkuletniego syna swojego narzeczonego. Jednak całe jej życie wali się w jednej chwili. W zaprzyjaźnionej rodzinie, gdzie opiekuje się seniorką rodu, zostaje porwana najmłodsza córka. Po paru dniach o uprowadzenie dziewczyny zostaje oskarżony bratanek Ichiko. Od tego momentu kobieta zaczyna tracić wszystko, co kochała i na czym jej zależało. Kameralna, klimatyczna, trzymająca w ciągłym niepokoju, powoli snująca się fabuła „Zaginionej dziewczyny” nie raz zaskoczy widza. Kôji Fukady pokazuje, iż poprzez takie środki jak subtelność i ciszę, można stworzyć zaskakujący, atrakcyjny oraz trzymający w napięciu film. Bardzo dobre kino oraz mistrzowskie aktorstwo Mariko Tsutsui. Sylwia Nowak-Gorgoń

4. „1917” (2019), reż. Sam Mendes

„Na Zachodzie bez zmian” – to tytuł słynnej antywojennej powieści z 1929 r. i treść niemieckich komunikatów płynących z frontu zachodniego podczas I wojny światowej. Pozycyjny charakter walk sprawił, że każdego dnia ginęły tysiące żołnierzy, ale nie przynosiło to żadnych korzyści jednej czy drugiej stronie. To brutalne i bezsensowne oblicze wojny, podobnie jak autor wspomnianej powieści – Erich Maria Remarque, znakomicie zobrazował Sam Mendes w inspirowanym prawdziwymi wydarzeniami filmie „1917”. Fabuła nie jest skomplikowana i ma się wrażenie, że stanowi ona jedynie pretekst do niezwykle realistycznego przedstawienia sytuacji na froncie. Kamera krok w krok podąża za głównymi bohaterami, którzy uczestniczą w ryzykownej misji, a widzowie doświadczają okrucieństw, jakie niesie ze sobą wojna. Realizacja filmu techniką one-shot (przynajmniej z pozoru) przywodzi na myśl słynnego „Birdmana” i nie pozwala widzom na złapanie oddechu. Fragment, w którym żołnierze przedzierają się przez pas ziemi niczyjej powinien być prezentowany wszystkim, którzy nie mają dość wyobraźni, by zrozumieć z jaką traumą spotykali się uczestnicy tamtych wydarzeń. Można zarzucić scenariuszowi brak pogłębionych portretów psychologicznych głównych bohaterów, ale ma to także swoje plusy – uświadamia, że oglądamy jedną z wielu takich wojennych historii i jednych z wielu takich żołnierzy. Dramat, który w tamtym okresie był codziennością. Co bardziej wrażliwi podczas seansu filmu poczują się jak w prawdziwym symulatorze, szczególnie jeśli seans ten odbywa się na sprzęcie zapewniającym odpowiedni poziom obrazu i dźwięku. „1917” to wielkie widowisko, dopracowane w najdrobniejszych detalach, co szczególnie ważne w przypadku kina wojennego. Zachwyca nie tylko strona wizualna filmu - efekty specjalne, zdjęcia, charakteryzacja, scenografia, ale i dźwiękowa. Najlepiej świadczą o tym liczne nagrody (w tym te najważniejsze: Oscary i Złote Globy) zdobyte w tych kategoriach. Radosław Sztaba

5. „Pewnego razu… w Hollywood”, reż. Quentin Tarantino

Dziewiąty, (podobno) przedostatni film w karierze Quentina Tarantino. Najbardziej osobisty i dojrzały obraz w dorobku twórcy „Wściekłych psów”. Przed i w trakcie powstawania budził gorące emocje w związku z tematyką. Losy Ricka Daltona i jego przyjaciela kaskadera Cliffa Bootha, które krzyżują się z historią Charlesa Mansona czy Sharon Tate to dowód, że Tarantino przede wszystkim jest potwornie uzdolnionym scenarzystą. Fascynacja kinem, obejrzane miliony tytułów - od klasyki kina po filmy klasy B - sprawiły, że idealnie wyczuwa język filmowy. „Pewnego razu… w Hollywood” to nostalgiczna historia miłości. Miłości Tarantino do kina. W tym filmowym wyznaniu miłości reżyserowi towarzyszą znakomici aktorzy niezawodny Leonardo DiCaprio, genialny Brad Pitt i świeża Margot Robbie. Mistrzostwo współczesnego, postmodernistycznego kina, które pokazuje jaką siłę ma film. Choć rzeczywistego czasu nie można cofnąć, to Tarantino uwiecznił na zawsze to, co było tego warte, a ręką sprawiedliwości dotknął tych, którzy na to zasłużyli. Mocne katharsis w wersji króla kinowego autotematyzmu i postmodernizmu. Sylwia Nowak-Gorgoń

6. „Bliscy nieznajomi” (2018), reż. Tom Wardle

„Bliscy nieznajomi” to dokument niezwykły. Sama historia wydaje się wprost niewiarygodna – trzej chłopcy w wieku 19 lat odkrywają, że są trojaczkami, którym dotąd nigdy nie było dane się poznać ani nawet wiedzieć o swoim istnieniu. Dokument Toma Wardle’a opowiada o wydarzeniach, które miały miejsce w latach 80-tych w Stanach Zjednoczonych. Sprawa trojaczków była wówczas powszechnie znana i szybko stała się sensacją medialną. Jednak im dalej w las tym więcej drzew – „Bliscy nieznajomi” to nie tylko opowieść, która była telewizyjną opowiastką, ale też, a raczej przede wszystkim, głębsze spojrzenie na życie braci, łączące ich więzi, podobieństwa i różnice. „Bliscy nieznajomi” to film fantastycznie prowadzony. W historię wciągamy się momentalnie, jesteśmy ciekawi, co będzie dalej, a gdy nasza ciekawość zostaje zaspokojona, na każdym kroku poznajemy nowe, zaskakujące fakty. Reżyser Tim Wardle przez cały czas prowadzi z widzem grę opartą na suspensie, sprawnym łączeniu wątków komediowych z dramatycznymi i nieustannym zaskakiwaniu. To taki film, który ogląda się jednym tchem i chce się więcej. Katarzyna Piechuta

7. „Joker” (2019), reż. Todd Phillips
 „Joker” to film, który z czystym sumieniem można polecić nie tylko fanom komiksów czy filmów o Batmanie. Nawet osoby zupełnie nieznające tej historii czy niezainteresowane nią, zdecydowanie mogą być pod wrażeniem obrazu Todda Phillipsa. Jest to bowiem genialne wręcz studium psychologiczne postaci – tak naprawdę postaci tragicznej. Arthura Flecka, który z czasem przyjmuje pseudonim Joker, od dziecka życie nie rozpieszczało. Będąc dorosłym cierpi na zaburzenia psychiczne, które znacząco utrudniają mu funkcjonowanie w społeczeństwie. I choć stara się radzić sobie pomimo przeciwności losu, to jednak pojawiające się kolejno w jego życiu przykre sytuacje wpływają na stopniowe zaostrzenie zaburzeń psychicznych. Jako widzowie obserwujemy całą tę ścieżkę obłędu, śledząc metamorfozę głównego bohatera. W rolę Jokera fantastycznie wcielił się Joaquin Phoenix – choć to w sumie za mało powiedziane, Phoenix właściwie stał się Jokerem. To zdecydowanie jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza rola w jego karierze. Dla fanów talentu Phoenixa „Joker” to pozycja obowiązkowa, tak samo zresztą jak dla entuzjastów filmów psychologicznych. Katarzyna Piechuta

8. „Lighthouse” (2019), reż. Robert Eggers

Arcydzieło gatunku. Majstersztyk budowania nastroju i napięcia. Ten z pozoru skromny obraz, nakręcony w czerni i bieli, w niestandardowym formacie 1,19:1., który pogłębia poczucie klaustrofobii to opowieść o popadaniu w obłęd. To film o tym, że najniebezpieczniejsze potwory tkwią w nas samych. Historia dwójki latarników, którzy zdani są tylko na swoje towarzystwo to obraz nasycony symbolami i mocnymi bodźcami, które pozostawiają widza w mocnym dyskomforcie. Chapeau bas dla autora surowych zdjęć do „Lighthouse”, czyli Jarina Blaschke’a, które nie będzie tutaj nadużyciem, jeśli napiszę, iż zapierają dech w piersiach. W tym klaustrofobiczno-psychodelicznym horrorze, wspaniale odnajdują się aktorzy. Willem Dafoe jak zawsze jest bezbłędny, ale to Robert Pattinson zaskakuje najbardziej. Udowadnia nie po raz pierwszy („Cosmopolis”, „Rover”), że rola w sadze zmierzch była jedynie błędem młodości, i że Pattinson potrafi błyszczeć na ekranie, a nie tylko w świetle słońca jak Edward Cullen. Sylwia Nowak-Gorgoń

9. „Małe kobietki” (2019), reż. Greta Gerwig
„Małe kobietki” w reżyserii Grety Gerwig to kolejna, jedna z wielu ekranizacji słynnej książki Louise May Alcott. Pokazanie tej historii w świeżej i adekwatnej do dzisiejszych czasów odsłonie z pewnością nie było łatwym zadaniem. Greta Gerwig jednak podjęła to wyzwanie, a efekt zdecydowanie można ocenić jako udany. Film opowiada o losach sióstr March. Gdy ich ojciec udaje się na wojnę secesyjną, cztery siostry – Meg (Emma Watson), Jo (Saoirse Ronan), Amy (Florence Puth) i Beth (Eliza Scanlen) – wraz z matką Marmee (Laura Dern) pozostają w domu i próbują jakoś sobie radzić w tych ciężkich czasach. Na ekranie obserwujemy, jak dziewczęta dorastają, z beztroskich nastolatek przeradzając się w młode kobiety i wspólnie doświadczając wzlotów i upadków dojrzewania. Ważne miejsce w ich życiu zaczyna również odgrywać sąsiad Laurie (Timothée Chalamet), który staje się przyjacielem całej rodziny. „Małe kobietki” to historia nostalgiczna, pełna emocji i wzruszeń. Greta Gerwig jednak ją unowocześniła, nadała nowy wydźwięk poprzez zabieg prowadzenia fabuły w dwóch perspektywach czasowych. Uwypukliła ten efekt poprzez ukazanie wydarzeń z przeszłości w ciepłych barwach – zupełnie, jakby wspomnienia z dzieciństwa były bardziej kolorowe i weselsze niż teraźniejszość. Natomiast zdarzenia rozgrywające się w teraźniejszości Gerwig przedstawiła w chłodnych barwach, co doskonale oddaje intencję interpretacji dojrzałości i dorosłości jako czasu, w którym przestajemy idealizować świat, a nasze marzenia często przegrywają w konfrontacji z rzeczywistością. Bohaterki „Małych kobietek” nie są też postaciami czarno-białymi, przez co nie wydają się stereotypowe i jednowymiarowe. Aktorki wcielające się w role sióstr, ale również Meryl Streep grająca ich ciotkę, stworzyły ciekawe i wiarygodne kreacje. A piękne zdjęcia i kostiumy idealnie uzupełniają całość. W efekcie otrzymujemy film z ponadczasowym przekazem, ciepły, zabawny i wzruszający. W sam raz do oglądania z kubkiem herbaty w dłoni w zimny wieczór. Katarzyna Piechuta

10. „Błąd systemu” (2019), reż. Nora Fingscheidt
„Błąd systemu” to mocny debiut reżyserski Nory Fingscheidt. Film ma na koncie Srebrnego Niedźwiedzia na Berlinale. Jest to opowieść o Bernadette „Benni” Klaaß, dziewięcioletniej dziewczynce, która ma problemy z agresją i niekonwencjonalnym zachowaniem. Jej przypadek jest tak trudny, iż każda instytucja rozkłada ręce, a Benni tuła się od ośrodka do ośrodka. Sytuacja jest o tyle trudna i przygnębiająca, iż tak naprawdę Benni ma matkę, która opiekuje się pozostałą dwójką swoich pociech, ale losem Benni nie jest zbytnio zainteresowana. Bo Benni nie wpisuje się w ramy definicji „normalnego dziecka”. Choć dziewczynka spotyka na swojej drodze wiele osób, które są żywo zainteresowane jej losem i chcą jej pomóc (pracownicy opieki angażują się całym sercem, ale system jest nieubłagany), to niestety te starania nie pomagają. Benni choć na pierwszy rzut oka jest harda, silna i buntownicza, to tak naprawdę jej zachowanie to krzyk o pomoc. O miłość. Zwłaszcza matki. Tą trudną, złożoną rolę koncertowo zagrała Helena Zengel.  Jej gra porusza, wzrusza, a czasem zwyczajnie wkurza. Znakomicie poprowadzona rola. „Błąd sytemu” pokazuje co się dzieje, gdy delikatna, wrażliwa jednostka zderzy się z brakiem zrozumienia. „Błąd systemu” to nie jest łatwy film. Przygnębia poczuciem zwątpienia, beznadziei oraz pewnego przerażającego zapętlenia, z którego nie można się wydostać. I choć tematycznie obraz jest zbliżony do brytyjskiego kina społecznego, to samej stronie wizualnej bliżej właśnie do kina niemieckiego, gdzie obraz tętni życiem, czasem wręcz nerwową energią. Do tego mocna, agresywna ścieżka dźwiękowa oraz skontrastowanie spokojnych barw z mocnymi kolorami daje poczucie zburzonej spokojności. Mocny, wstrząsający i udany debiut niemieckiej reżyserki, ze znakomitą główną rolą Heleny Zengel. Warty uwagi. Dający do myślenia. Sylwia Nowak-Gorgoń