duża fotografia filmu Szatan kazał tańczyć
Miniatura plakatu filmu Szatan kazał tańczyć

Szatan kazał tańczyć

2016 | Holandia, Polska | Dramat

Gdy masz wszystko, nie masz nic

Przed projekcją najnowszego filmu Katarzyny Rosłaniec pojawiła się informacja, że jest to produkcja składająca się z pięćdziesięciu czterech dwuminutowych scenek, które tworzą historię, jednak można odczytać je w dowolnej kolejności, ponieważ nie wpłynie to na fabułę. Aby widz miał taką możliwość, reżyserka musiałaby udostępnić nagranie wraz z możliwością dokonania własnego montażu, co w dzisiejszych czasach interdyscyplinarności sztuk, powinno zostać zapewnione. W przypadku braku takiej szansy na interpretację autorka przeczy sobie już przed odsłoną realizacji. Prawdopodobnie, taki zabieg rzeczywiście mógłby pomóc w odbiorze „Szatana, każącego tańczyć”. Podobno istnieje specjalna aplikacja z dostępem do dodatkowych materiałów, jednak nie wydaje się dostępna dla każdego urządzenia i oprogramowania (zwłaszcza dla użytkowników systemu Android).


Informacja, że owe kadry pojawiają się w kombinacjach kolorystycznych (dziewięć razy sześć, co składa się na formę filmu) również mija się z efektem, który zostaje podany widzowi. Owszem, pojawiają się dominujące odcienie: niebieski, zielony, czerwony – jednak pozostałe barwy, jakie wydają się motywem przewodnim: różowy, czarny, biały – tworzą połączenie z poprzednimi, trudno zatem mówić o barwach podstawowych i pochodnych w podstawowym układzie.

Zdecydowanie do najważniejszych barw zalicza się czerwień, ponieważ jako jedyna barwa pojawia się jako światło zajmujące całą przestrzeń kadru; pojawia się także na ubraniach bohaterów. Najprawdopodobniej kolory mają odpowiadać stanowi emocjonalnemu, w jakim znajduje się główna postać. 


Karolina (Magdalena Berus) to młoda początkująca pisarka, której debiutująca powieść zyskuje światowy rozgłos. Dziewczyna zwiedza kolejne miejsca (południowokoreański program telewizyjny, Berlin, wspomina o Londynie) i korzysta z różnych używek (alkohol, narkotyki) bez względu na stan swojego zdrowia (ma słabe serce). Jej książka „Laleczka” opowiada o siostrze, Matyldzie (Hanna Koczewska), chociaż wiele osób uważa, że to utwór autobiograficzny (jak Neil, którego zagrał John Porter).


Rosłaniec, której etiuda „Galerianki” przekształciła się w film pełnometrażowy (2009), wyraźnie zatraciła społeczny pazur pokazywania zjawisk i zmierza ku realizowaniu dramatów o fabułach, jakich wiele. Po „Bejbi blues” (2012) reżyserka zrezygnowała z tego socjalnego aspektu ukazywania życia bohaterów, dzięki czemu wydawałoby się, że realizatorce nie grozi pewne wypaczone spojrzenie na młodych ludzi, co zdarza się Andrei Arnold, jednak nazywanie w materiałach promocyjnych postaci Karoliny przedstawicielką aż dwóch pokoleń: dwudziesto- i trzydziestolatków, których życie z racji wieku ma polegać na wiecznej zabawie i szukaniu sensu życia, jest zdecydowanie opisem bohaterki na wyrost. Niewielu ludzi z roczników wkraczających w dorosłe życie może identyfikować się z niezależną finansowo Karoliną, jednak wiele osób ma szansę zobaczyć, jak dziś wygląda młodość pomiędzy jednym selfie a drugim, gdy problemy rodzinne pozostają takie same.


Najważniejszym wątkiem jest relacja bohaterki z matką (Danuta Stenka). Rodzicielka oceniająca wygląd córki, która nie może znaleźć nici porozumienia z dorastającym dzieckiem, wbrew pozorom wywiera ogromny wpływ na decyzje, jakie podejmuje jej latorośl. Kłótnie przeplatane z normalnymi rozmowami stanowią pewną opozycję do relacji Karoliny z ojcem (Jacek Poniedziałek), który wydaje się trochę wycofany z budowania więzi rodzinnych (scena przygotowania głównie przez Matyldę i matkę zajmującą się licznymi psami podwieczorku, aby porozmawiać – zarówno Karolina, jak i ojciec nie pomagają, jedyny w rodzinie mężczyzna woli zająć się układaniem kostki Rubika i lekkim pouczaniem głównej bohaterki, jak należy to robić), ma jednak tradycję rozdawania stu złotych (nie wiadomo, dlaczego). Traktowanie się sióstr jest dość problematyczne. Karolina dominuje nad Matyldą, która nie potrafi się przeciwstawić i wypowiada się zawsze słabym głosem. Matylda zawsze ulega namowom siostry, nawet wbrew swojej woli robi to, co się jej każe (jak w scence sesji fotograficznej przygotowanej przez jednego z chłopaków Karoliny, Leona, którego zagrał Tygo Gernandt). Rywalizacja między młodymi kobietami zbliżonymi do siebie wiekiem jest podobna, jak przedstawia to jedna z koleżanek Karoliny, Jagoda (Karolina Nieradkiewicz). 


Związki Karoliny są otwarte. Mężczyźni, z którymi uprawia seks, nie są zazdrośni o siebie nawzajem. Oprócz Leona, z którym początkująca literatka rozmawia o sztuce, jest jeszcze Marcin (Łukasz Simlat). Mężczyzna wyraźnie starszy od dziewczyny stara się nadążać za partnerką, wspólnie imprezując i wciągając kokainę. Żaden z kochanków nie wydaje się zaspokoić jej potrzeb, dlatego pojawia się Dexter (Tomasz Tyndyk), który jednak nie chce wrócić do Karoliny.


Rosłaniec wykazuje przerost formy nad treścią, dlatego trzy sceny zawierają zdjęcie Berus przemienianej w lalkę, podczas gdy z offu słychać fragmenty rzekomego dzieła literackiego głównej postaci. Grafomański utwór to powieść amatorki, o czym uświadamia cierpiącą na kryzys twórczy Karolinę Leon. Próba wprowadzenia dyskusji o literaturze reżyserce się nie udała i twórczyni powinna pozostać przy swojej dziedzinie sztuki. Takie przekształcenie bohaterki udowadnia także, że „Laleczka” jest jednak autobiografią, a sam pomysł na taki zabieg jest ciekawym i dobrym dla tego filmu eksperymentem. O wiele gorszą ideą był montaż naprzemiennie ukazujący kadry przedstawiające wydarzenia oraz ich skutki (choćby przelewająca się woda, gdy Karolina jest w wannie i próba uniknięcia konfrontacji z sąsiadami), ponieważ nie został zastosowany w całej realizacji, a jedynie w końcowych ujęciach, nie nadaje to żadnego specjalnego efektu ani uzasadnienia. Również szybkie zmiany ujęć kamery w scenie z Karoliną i Jagodą w łazience wśród piany nie były udane. Sama scena była wystarczająco surrealistyczna.


Trudno określić, czemu miało służyć wciąż eksponowane ciało Berus oraz innych bohaterów. Pomijając sceny seksu, nie widać było żadnego powiązania nagości z naturalnością, a sam efekt przypominał film pornograficzny z rozbudowaną fabułą. Szczęśliwie, całość spaja wprowadzona na samym początku relacja z matką i pierwszy filmik zapowiadał naprawdę dobrą całość. Później czar prysł.


Rosłaniec była nie tylko reżyserką i scenarzystką, ale także kostiumologiem. Ponownie pojawia się także scenografia łącząca dawne czasy z dzisiejszą obyczajowością, choć wydaje się to coraz mniej logiczne. Ten dysonans był wyraźny zwłaszcza w scenie wspomnianego podwieczorku.


Strach pomyśleć, przez co jeszcze Rosłaniec każe przejść Magdalenie Berus, jeśli dojdzie do kolejnego wspólnego projektu obu pań. Młoda aktorka wciąż potrafi się zająknąć, nie tylko w języku angielskim, którym posługiwała się jej postać (reżyserka zasługuje na pochwałę, że nie kazała aktorom mówić perfekcyjnie w obcym języku, z drugiej strony przydałoby się perfekcyjne oddanie dźwięku, ponieważ nie zawsze wyraźnie słychać wypowiedzi aktorów, co dominuje w polskich produkcjach), jednak została uhonorowana nagrodą za najlepszą rolę żeńską na festiwalu Netia OFF CAMERA w Konkursie Polskich Filmów Fabularnych (reżyserka otrzymała nominację w swojej kategorii). Berus wciąż wykazuje niewykorzystany potencjał, ponieważ jest fotogeniczna, co widać nie tylko w zatrzymanych kadrach podczas jednej ze scenek. Wydaje się jednak, że jest tak samo pretendująca do grona dobrych kreatorów ról, jak jej początkująca w pisarstwie bohaterka.

Bardzo dobrze zagrała Danuta Stenka, której głos potrafił zdominować przestrzeń audiowizualną. Łukasz Simlat postać Marcina zagrał poprawnie, jednak nie jest to rola, która ma budzić zachwyt. Wręcz przeciwnie. Rosłaniec buduje wyraziste kobiece bohaterki, natomiast mężczyźni są pewnym tłem, stąd konieczność wizualnego wyróżnienia bohaterów takich jak Dexter (Tyndyk). Poniedziałek jest niemal przezroczysty, jedynie Gernandt jako Leon ma coś do powiedzenia. Obecność Portera jest znakiem zapytania, nie wnosi zbyt wiele do fabuły, tak samo, jak epizodyczne pojawienie się Izabeli Kuny w roli Moniki, prawdopodobnie menedżerki Karoliny. Aktorka zagrała dobrze, ale co z tego ma wynikać? Reżyserka podjęła temat żałoby, jak sugerują końcowe sceny, jednak wykorzystanie motywu w nowej oprawie zdjęciowej to wciąż nihil novi. Prawdopodobnie z braku odpowiedniego zakończenia, autorka podejmuje próby szokowania odbiorców przez podejmowanie pobocznych wątków, takich jak religia i tania podnieta czarnym Jezusem na krzyżu na bazarze (krucyfiks jest pomalowany na czarno). Natomiast tytuł filmu pojawia się w scenie w berlińskim metrze, gdzie główna bohaterka widzi mężczyznę z napisem na bluzie w języku angielskim „Satan said dance”, tym samym zbliżając nazwę filmowej realizacji do dziecięcej wyliczanki „Simon said …” niż prowokacji. Także kwestie rasowe i dyskusja sióstr o tym, że Karolina „zawsze chciała mieć Murzyna”, z którym przespała się Matylda, a teraz potrzebuje tabletki po stosunku (problem jedynie zarysowany) to słaba próba nadania większej wartości całej produkcji. Najbardziej rozczarowuje chyba próba scharakteryzowania przez pisarkę jej powieściowej bohaterki podczas wywiadu z Neilem. Wśród określeń pojawia się czarownica, jednak to matka stawia nieudolnie tarota (ta scena stanowi wręcz żenujące przedstawienie stawianych kart, aczkolwiek należy nadmienić, że  Stenka starała się zagrać na swoim dobrym poziomie kreowania postaci), z którego wynika, że Karolina najpierw urodzi dziecko, a dopiero potem zakocha się w prawdziwej miłości. Późniejszym scenom towarzyszy czerwona barwa, z jaką można owe czarownice utożsamiać, jednak to już córka nosi czerwone ubranie, pod którym skrywa balon o tym kolorze i który przebija. Ciekawy motyw nie został w pełni wykorzystany, wręcz przeciwnie, istniała obawa o kliszę z „Bejbi blues”. Scena fałszywie ciężarnej Karoliny jadącej ruchomymi schodami w galerii handlowej być może miała odnosić się także do debiutu Rosłaniec, jednak o czym ma świadczyć takie spojenie twórczości, należałoby spytać autorkę.


Główna bohaterka miota się, nie stanowi przykładu generacyjnego, odniosła szybki sukces i równie szybko zatraca się w używkach, ponieważ nie ma marzeń, celów (choć wydaje się nią być kolejna książka), a jedynie matkę (scena jedzenia rogalików na schodach domu jest jednak urzekająca na swój sposób), po stracie której bohaterka nie wie, jak ma poradzić sobie ze stratą, bo wedle własnej oceny była przede wszystkim córką, co musi zaznaczyć na nagrobku.


Film Rosłaniec to kolejna produkcja stawiająca pytania, a nie dająca odpowiedzi, co dalej. Oby następne przedsięwzięcie reżyserki i scenarzystki było bardziej spójne pod względem fabularnym, wizualnie nawet kadry w formacie 4:3 są wtedy akceptowalne. Jedynym pozytywnym aspektem w całej produkcji jest ścieżka dźwiękowa. Dobór piosenek zapewne zawiera dodatkowe znaczenie, trudno jednak w całym chaosie odnaleźć muzyczny konotacyjny porządek.


2,0
Ocena filmu
głosów: 1
Twoja ocena
chcę zobaczyć
0 osób chce go zobaczyć
dodaj do ulubionych
0 osób lubi ten film
obserwuj
0 osób obserwuje ten tytuł
dodaj do filmoteki
0 osób ma ten film u siebie

dodaj komentarz

Możesz pisać komentarze ze swojego konta - zalogować się?

redakcja strony

Duster
tofka