Weekendowa Filmosfera #84
Sylwia Nowak-Gorgoń | 18 dni temuŹródło: Filmosfera
Jesień puka do naszych drzwi. Spadek temperatury, mniej promieni słonecznych, liście na drzewach zmieniają kolor, kasztany spadają z drzew. Nic dziwnego, że z początkiem jesieni brakuje nam endorfin szczęścia. Jednak zamiast sięgać po apteczne suplementy, my proponujemy dobry film. Zatem jak co tydzień Redakcja Filmosfery podpowiada, jak miło spędzić czas, nie wychodząc z domu. Przedstawiamy propozycje filmowe dostępne na popularnych platformach streamingowych.

Historyczny piątek z „Wojną o prąd” (2017), reż. Alfonso Gomez-Rejon [#NETFLIX]
Choć „Wojna o prąd” nie jest filmem niezwykle porywającym i scenarzyście oraz reżyserowi można by niejedno zarzucić, to mimo wszystko film jest wart obejrzenia – to kawał ciekawej historii, a przy tym obraz zrobiony z rozmachem, w którym scenografia i kostiumy naprawdę robią wrażenie. „Wojna o prąd” to historia rywalizacji o to, czyj system elektryczny zawładnie światem. W wyścigu biorą udział jedni z największych geniuszy w historii – Thomas Edison (Benedict Cumberbatch) oraz Nikola Tesla (Nicholas Hoult). Swoje trzy grosze do tej rywalizacji dorzuca George Westinghouse (Michael Shannon), wynalazca i inwestor. Wszyscy trzej aktorzy stworzyli znakomite kreacje i to one są niewątpliwie najjaśniejszym punktem tej produkcji. Katarzyna Piechuta


Emocjonalna sobota z „Lighthouse” (2019), reż. Robert Eggers [#NETLFIX]

Arcydzieło gatunku. Majstersztyk budowania nastroju i napięcia. Ten z pozoru skromny obraz, nakręcony w czerni i bieli, w niestandardowym formacie 1,19:1., który pogłębia poczucie klaustrofobii to opowieść o popadaniu w obłęd. To film o tym, że najniebezpieczniejsze potwory tkwią w nas samych. Historia dwójki latarników, którzy zdani są tylko na swoje towarzystwo to obraz nasycony symbolami i mocnymi bodźcami, które pozostawiają widza w mocnym dyskomforcie. Chapeau bas dla autora surowych zdjęć do „Lighthouse”, czyli Jarina Blaschke’a, które nie będzie tutaj nadużyciem, jeśli napiszę, iż zapierają dech w piersiach. W tym klaustrofobiczno-psychodelicznym horrorze, wspaniale odnajdują się aktorzy. Willem Dafoe jak zawsze jest bezbłędny, ale to Robert Pattinson zaskakuje najbardziej. Udowadnia nie po raz pierwszy („Cosmopolis”, „Rover”), że rola w sadze zmierzch była jedynie błędem młodości, i że Pattinson potrafi błyszczeć na ekranie, a nie tylko w świetle słońca jak Edward Cullen. Sylwia Nowak-Gorgoń


Słodko-gorzka niedziela z „Małymi szczęściami” (2020), reż. Daniel Cohen [#CHILI, CANAL+]
Léa Monteil (Bérénice Bejo) pracuje w sklepie odzieżowym w galerii handlowej, starając się dobrze wypełniać swoją misję dobierania klientom ubrań, które pozwolą im rozkwitnąć. Obserwuje przy tym setki różnych osobowości, a zebrane inspiracje wykorzystuje w pisanej ukradkiem książce. Gdy jej mąż Marc Seyriey (Vincent Cassel) oraz przyjaciele Karine (Florence Foresti) i Francis Léger (François Damiens) dowiadują się o pisarskich planach Léi, są w szoku. Na każdej z osób wiadomość wywiera wrażenie, jednak ich reakcje są odmienne. Marc nie jest przekonany do pomysłu żony i wyraża swoje niezadowolenie. Natomiast przyjaciółka Léi, Karine, postanawia również spróbować swych sił w pisarstwie, jednocześnie inspirując do twórczych działań także swego męża, Francisa. Sytuacja komplikuje się, gdy sprawa zaczyna się robić „poważna” i książkę Léi ma wydać jedno z najbardziej prestiżowych wydawnictw. „Małe szczęścia” to taki niepozorny film, opakowany w lekką, komediową formę. Jednak pod płaszczykiem zabawnych dialogów i niekiedy wręcz absurdalnych sytuacji skrywa w sobie głębsze przesłanie, w dodatku niejedno. To krytyka mieszczaństwa i jego dwulicowości, analiza ludzkich postaw i zachowań w bliskich relacjach, a także afirmacja spełniania swoich marzeń. „Małe szczęścia” należałoby nazwać raczej komediodramatem i w tej kategorii bez obaw można go ocenić jako dobry film – przemyślany, z inteligentnym humorem i nieoklepanym scenariuszem. Trochę śmiechu, i trochę przemyśleń, czyli dla każdego coś miłego. Katarzyna Piechuta