Piątka Filmosfery - niezapomniane role Bruce'a Willisa cz.2
Sylwia Nowak-Gorgoń | 3 dni temuŹródło: Filmosfera
Gdy światło dziennie ujrzało oświadczenie rodziny Bruce’a Willisa o jego problemach zdrowotnych i końcu kariery aktorskiej, świat kina i popkultury na chwilę zamarł.  Bruce Willis to legenda. Stworzył nowy typ bohatera kina akcji, powołał do życia wiele postaci filmowych, które podziwiamy i kochamy. Podczas wyboru filmów do Piątki Filmosfery okazało się, że jest niemożliwe wybrać tylko pięć. Dlatego dzisiaj prezentujemy drugą piątkę niezapomnianych ról Bruce’a Willisa.

Ernest Menville – „Ze śmiercią jej do twarzy” (1992)
Dla fanów czarnych komedii „Ze śmiercią jej do twarzy” to absolutnie pozycja obowiązkowa. Ten film zawiera w sobie wszystko, czym powinna się charakteryzować dobra czarna komedia. Główna zaleta obrazu to niebanalny scenariusz z mnóstwem zabawnych dialogów i żartów sytuacyjnych. Fabuła jest naprawdę oryginalna – ciężko znaleźć inny film, który choćby w niewielkim stopniu przypominał „Ze śmiercią jej do twarzy”. Pod powłoką czarnego humoru dostrzec możemy również satyrę na pogoń za wieczną młodością. „Ze śmiercią jej do twarzy” zapewnia inteligentną rozrywkę, a świetna obsada aktorska dodatkowo umila nam seans – w głównych rolach widzimy Meryl Streep, Bruce’a Willisa i Goldie Hawn. W filmografii Bruce’a Willisa „Ze śmiercią jej do twarzy” stanowi nietypową pozycję. Aktor pokazuje nam tutaj swoje komediowe oblicze, wcielając się w postać utalentowanego chirurga plastycznego. Rzadko mieliśmy okazję oglądać Bruce’a Willisa na ekranie w takim komediowym wydaniu. Moim zdaniem – za rzadko. Bo Bruce Willis świetnie odnalazł się w atmosferze czarnej komedii i bez jego przezabawnej roli „Ze śmiercią jej do twarzy” nie byłoby tym samym filmem. Katarzyna Piechuta

James Cole – „12 małp” (1995)
„12 małp” to zdecydowanie jeden z najlepszych, jak i najbardziej znanych filmów w reżyserskim dorobku Terry’ego Gilliama. Niezwykle oryginalny i pomysłowy scenariusz to połowa sukcesu tego filmu, ale o drugiej połowie zadecydowały świetne kreacje aktorskie Bruce’a Willisa i Brada Pitta. Akcja filmu toczy się w przyszłości, a Bruce Willis wcielił się w postać więźnia, Jamesa Cole’a, wysłanego w przeszłość z misją zapobiegnięcia wybuchowi epidemii, która nieomal doprowadziła do zniszczenia ludzkości. James Cole to ciekawa postać człowieka zaangażowanego w swoją misję, skoncentrowanego na powierzonym mu zadaniu. Inteligencja, spryt, ale i pewnego rodzaju melancholia składają się na tę ciekawą osobowość. Choć „12 małp” to w zasadzie kino akcji (połączone z sci-fi), to jednak znacząco różni się od innych akcyjniaków, w jakich Bruce Willis miał okazję zagrać. Zdecydowanie warto obejrzeć. Katarzyna Piechuta

Korben Dallas - „Piąty element” (1997)
Gdy „Piąty element” wszedł na ekrany kin był najdroższym europejskim filmem w historii. Nietuzinkowa, odważna wizja Luca Bessona sprawiła, że „Piąty element” uważany jest obecnie za jeden z najważniejszych filmów science fiction w historii kina. Wybornie opowiedziana i znakomicie zagrana jazda bez trzymanki, wypełniona po brzegi efektami specjalnymi i nagłymi zwrotami akcji. „Piąty element” to film mocno widowiskowy, jednocześnie bardzo niepokojący, jednocześnie niezwykle zabawny. Poczucie humoru jest niewątpliwie jednym z najmocniejszych elementów filmu Bessona. Dlatego głównej roli nie mógł zagrać nikt inny, jak będący wówczas u szczytu popularności Bruce Willis. W pomarańczowym podkoszulku i blond fryzurą amerykański aktor wcielił się w eks-komandosa Korbena Dallasa, który musi uratować świat i zjawiskową Millę Jovovich przed zagładą. Wyszło z charyzmą, nonszalancją i klasą. Sylwia Nowak-Gorgoń

Harry Stamper – „Armageddon” (1998)
„Armageddon” to typowy amerykański film katastroficzny. Gdy dodamy do tego Michaela Bay'a w roli reżysera, to wiadomo, co otrzymujemy: gloryfikację Ameryki, zwykłych ludzi w roli bohaterów z przypadku i patos. Dużo patosu. A jednak film stał się już legendą swojego gatunku i z pewnością nie można mu odmówić świetnych efektów specjalnych. Atutem są również żartobliwe dialogi. Do tego humorystycznego aspektu filmu w dużej mierze przyczynił się nie kto inny, tylko Bruce Willis. W roli zaborczego ojca (Liv Tyler gra jego córkę) wchodzi w zabawne potyczki słowne z ukochanym swej córki, który równocześnie jest jego współpracownikiem (Ben Affleck) na platformie wiertniczej. W obliczu zbliżającej się asteroidy grożącej Ziemi zagładą, to właśnie pracownicy platformy wiertniczej stają się bohaterami z przypadku. Scenariusz jest dość przewidywalny, ale dobra obsada aktorska, świetne efekty specjalne i muzyka sprawiają, że film ogląda się z zaciekawieniem. A Harry'emu Stamperowi, w postać którego wcielił się Bruce Willis, oczywiście kibicujemy i równocześnie wiemy, że los Ziemi jest w dobrych rękach. W końcu kto ma uratować świat, jak nie Bruce Willis? Katarzyna Piechuta

Frank Moses - „RED” (2010)
Adaptacja komiksu Warrena Ellisa i Cully’ego Hamnera, której podjął się Robert Schwentke. W „RED” chodzi o zabawę, dobrą rozrywkę i co tu dużo mówić - o porządną rozpierduchę. Żeby nam to zagwarantować Schwentke zebrał na planie filmowym prawdziwych aktorskich weteranów wyjadaczy. Zaś oni zaopatrzeni we wszelakie rodzaje broni sieją spustoszenie wszędzie tam, gdzie się pojawią. Bandę szalonych i niebezpiecznych emerytów (kiedyś pracujących dla CIA) zwołuje nie kto inny jak Bruce Willis. Cel zgromadzenia jest istotny: przeżyć, a przy okazji dowiedzieć się, kto zlecił czystki w szeregach emerytowanej gwardii agentów, no i podbić serce jednej dziewczyny z sąsiedztwa (Mary-Louise Parker). Jego Frank Moses oczywiście ocieka testosteronem w najczystszej postaci, jest zabawny i nonszalancki. W „RED” Bruce Willis ekran musi dzielić z innym gwiazdami (Morgan Freeman, Brain Cox,  John Malkovich i Helen Mirren). „Red” to kino komercyjne, rozrywkowe w czystej postaci. Jednak odnajdziemy w nim ton sentymentalno-refleksyjny. Postać Sarah, zwyczajnej dziewczyny, która wrzucona w wir akcji, czuje się wspaniale z podniesioną do granic możliwości adrenaliną to figura symbolizująca widza - zakochanego bez pamięci w nieprawdopodobnych, lecz jakże ekscytujących historiach; uwielbiającego bohaterów takich, jakich kreuje w swojej karierze Bruce Willis. „RED” właśnie to nam uświadamia, pozostawiając z trwogą, że nasi filmowi herosi się starzeją. A nie ma ich kto zastąpić, bo chociaż Karl Urban w roli młodego agenta CIA stara się jak może, to i tak nie ma szans zastąpić tej geriatrycznej gwardii. „RED” nabiera mocniejszego znaczenie teraz, gdy wiemy iż ostatni skaut kina akcji odchodzi na emeryturę. Tak po prostu, po ludzku…dzięki Bruce. Yippee ki-yay… Sylwia Nowak-Gorgoń