„Nowa epoka” bez muzyki byłaby pomyłką [recenzja OST]
Arkadiusz Kajling | 21 dni temuŹródło: Filmosfera
Od samego początku nieodłącznym elementem serialu „Downton Abbey” była jego ścieżka dźwiękowa autorstwa Johna Lunna. Słynny 30-sekundowy temat muzyczny na zawsze zapisał się w pamięci miłośników kultowego serialu – to w końcu on rozpoczynał każdy odcinek, był więc stałym składnikiem wszystkich epizodów przez pięć lat; jasne było, że soundtrack musiał zostać oparty na sprawdzonych i utrwalonych w pamięci już tematach. Wielkoekranowa ilustracja muzyczna nabiera jednak zupełnie nowego rozmachu za sprawą orkiestry – szkocki kompozytor nagrywając muzykę do serialu mógł liczyć na 35-osobową orkiestrę symfoniczną, w przypadku filmów liczba muzyków wzrosła aż do 75 osób! I rzeczywiście w muzyce na albumie czuć rozmach i epickość, a znane motywy w oryginalnych, zaskakujących aranżacjach nabierają zupełnie nowego blasku, sprawiając, że „Nowa epoka” to również równoznacznik nowych muzycznych doznań dla uszu melomanów.

Mimo iż w świecie rodziny Crawleyów minął zaledwie rok, w życiu naszych bohaterów zdążyło wydarzyć się wiele dobrych rzeczy. „Nowa epoka” rozpoczyna się uroczystością zaślubin Toma i Lucy, którzy tym samym wkraczają na nową ścieżkę życia – trudno o bardziej adekwatne intro zapowiadające nadciągające zmiany. Najwyraźniej szczęścia także chodzą parami, gdyż niedługo potem Violet Crawley obwieszcza całej rodzinie, iż odziedziczyła willę na francuskiej riwierze i chce ją przekazać prawnuczce Sybbie. Nowina wywołuje jednak szereg pytań odnośnie tajemniczej przeszłości matriarchy rodu – by odpowiedzieć na pytanie dlaczego markiz de Montmirail zapisał luksusową posiadłość angielskiej znajomej rodzina udaje się na południe Francji w celu rozwiązania zagadki z minionych lat. Nie wszyscy mają jednak okazję zaznać uroków zamorskiej podróży. Najstarsza z córek Lady Mary Talbot zostaje w Downton, gdyż do rodzinnego majątku ma zjechać ekipa filmowa – zamek pilnie potrzebuje remontu, a pieniądze od hollywoodzkich producentów będą w stanie pokryć wysokie koszty naprawy i renowacji rezydencji. Ku uciesze służących do Downton Abbey zjeżdżają prawdziwe gwiazdy filmowe - Guy Dexter oraz Myrna Dalgleish, którzy roztaczają wokół siebie magiczną aurę splendoru. Stworzona przez prasę fasada piękna i doskonałości pęka jednak niczym bańka mydlana przy bliższym poznaniu, uzmysławiając nam, że wszystko ma swoje blaski i cienie, swój początek oraz nieuchronny koniec…

W charakterystyczny klimat filmu wprowadza nas otwierający album „A New Era”, który nie  brzmi tak pompatycznie jak „A Royal Command” z pierwszej części filmu, co niespodziewanie można jednak zaliczyć na plus – nie tylko jeśli chodzi o oryginalność względem swojego poprzednika, ale i kontekst filmowy; utwór w końcu towarzyszy zaślubinom Toma i Lucy, więc muzyka mknie niespiesznie i już od samego początku napawa nas optymizmem. Słynny temat muzyczny znany z serialu pojawia się na samym końcu pierwszego utworu, który zwiastuje właściwy początek nowego rozdziału w rodzinie Crawleyów – fani będą nad wyraz ukontentowani, gdyż kultowy opening to znak firmowy Johna Lunna i po prostu musi pojawić się na krążku. Dwie równorzędnie rozgrywające się historie w filmie otrzymują dwa osobne i łatwo dające się rozpoznać tematy – wyprawie na riwierę francuską towarzyszą utwory takie jak „Cote d’Azur”, czy „Le Chapeau du Carson” nadające wakacyjny ton, który relaksuje i odpręża również w oderwaniu od filmu, ale i jest równocześnie subtelny i elegancki, świetnie zazębiając się z nadmorskim stylem wnętrza rezydencji o nazwie „Villa of the Doves” (w rzeczywistości jest to Villa Rocabella). Te dwa tracki są tak sugestywne, że nie miałbym problemu, gdyby więcej utworów na płycie zostało opartych o ten malowniczy temat. 

Drugim nowym i wyrazistym motywem jest natomiast hollywoodzki glamour doprawiony nutką jazzu, który da się wyczuć w utworach „Kinema”, „All Aboard”, czy „Then You’re In Luck”. To te ścieżki są odpowiedzialne za stworzenie atmosfery starego Hollywoodu, który wchodzi dumnie w progi Downton, niczym filmowa bohaterka Myrna Dalgleish i rozsiada się zuchwale, jakby był u siebie. Co ciekawe my jako słuchacze wcale tego nie kwestionujemy. Ba! Styl ten świetnie czuje się we wnętrzach rezydencji i nieco przypomina mi inny film scenarzysty Juliana Fellowesa, a mianowicie „Gosford Park” - obraz z 2001 roku legendarnego dziś reżysera Roberta Altmana wykorzystywał nader skwapliwie muzykę Ivora Novello, którego twórczość szybko zdobyła przychylność publiki i sławę w postedwardiańskiej Anglii. Na soundtracku piosenki irlandzkiego piosenkarza wykonywał bezbłędnie Jeremy Northam, który również wcielił się w artystę w filmie. 

Interesująco prezentuje się natomiast „The Gambler”, który jest tłem muzycznym filmu, który powstaje w angielskiej posiadłości – utwór do złudzenia przypomina partyturę „Marzyciela” naszego rodaka Jana A.P. Kaczmarka z delikatnym fortepianowym intro, do którego szybko dołączają skrzypce i w końcu cała orkiestra. Nieco bardziej sentymentalne nuty da się wyczuć w kompozycjach „Guy”, „That I Do Remember”, czy „Violet, Mon Adoree” dotykających wątków i historii kamerdynera Thomasa Barrowa, czy matrony rodu Violet. Jeszcze bardziej emocjonalne i wzruszające są następujące po sobie „Good News, Bad News”, „The Last Farewell”, oraz „Cortage”, wynikające z kontekstu rozgrywającej się historii – dla wielu fanów serii będą to chwile dosyć przytłaczające, dlatego „Next Generation” niesie ze sobą tak potrzebne pocieszenie i pokrzepienie. Tak naprawdę ten zaledwie ponadminutowy utwór - mimo iż wieńczy główny materiał na soundtracku - to w istocie stanowi otwarte zakończenie, niosąc ze sobą nadzieję na lepsze czasy. 

Ciekawym zabiegiem jest dodanie do soundtracku dwóch utworów pojawiających się w filmie – swingującego „Crazy Rhythm” i utrzymanego w wolniejszym tempie „Am I Blue”, które przypominają mi nieco zabieg zastosowany w wyżej wspominanym „Gosford Parku”. Warto wspomnieć, że twórcy zadbali również o to, by oba utwory pochodziły z okresu, w którym toczy się akcja filmu – pierwsza piosenka powstała dokładnie w 1928 roku, druga natomiast rok później, przez co łatwiej nam się wczuć w atmosferę epoki. Oba utwory w filmie wykonuje młoda jazzowa piosenkarka Cherise Adams-Burnett, którą także zobaczymy na ekranie. Ostatnim trackiem jest „Downton Abbey - The Suite”, którym to John Lunn zabiera nas (być może już ostatni raz) w nostalgiczną wyprawę po muzycznym świecie filmu – w ciągu 7 minut usłyszymy najbardziej charakterystyczne motywy znane z serialu; tym sposobem muzyk kończy i podsumowuje ilustrację muzyczną, składając piękny hołd całej serii i zostawiając rozmarzonych słuchaczy w długim zamyśleniu aż po finał napisów końcowych.

WYDANIE CD

Płyta z muzyką do „Downton Abbey: A New Era” została wydana w pudełku plastikowym typu „jewelcase” przez Decca Records i dystrybuowana jest przez Universal Music w niektórych krajach Europy – niestety Polska nie załapała się tym razem na rodzime wydanie. Album zawiera ośmiostronicową książeczkę, w której znajdziemy cztery fotografie z filmu, listę utworów oraz informacje produkcyjne odnośnie nagrania ścieżki dźwiękowej oraz piosenek. Okładka albumu wykorzystuje grafikę z amerykańskiego plakatu kinowego, dostosowując ją do kompaktowych rozmiarów fizycznego wydania. Wizualnie całość utrzymana jest w jasnych, pogodnych barwach z marzycielską grafiką pastelowego, niemal bajkowego nieba zarówno na tyle pudełka, jak i na nadruku krążka. Fakt istnienia wydania fizycznego na pewno docenią miłośnicy muzyki filmowej i audiofile, gdyż płyta kompaktowa CD-Audio to standard bezstratnego cyfrowego zapisu dźwięku – dlatego też ten nośnik trwa w niezmienionej od czterdziestu lat formie do dziś, ciesząc uszy bardziej wymagających słuchaczy.

„Dowton Abbey: A New Era” to najnowszy, a być może i ostatni rozdział muzycznej sagi Johna Lunna, który niedawno zadebiutował na płytach CD. Wydanie to nie tylko głęboki ukłon kompozytora w stronę znanej wszystkim ilustracji muzycznej, ale i serdeczne przyjęcie oraz przywitanie nowych melodii rozpoczynającej się epoki jazzu, w której czuć nadchodzące zmiany. Szkocki artysta po mistrzowsku aranżuje klasyczne kompozycje, wplatając nieznane nam tematy, które idealnie zdają się obrazować wakacyjną beztroskę i uczucie błogości – odczucia i emocje tak pożądane dziś w niespokojnych czasach, które na chwilę pozwalają nam oderwać się od szarej rzeczywistości i wprowadzić spokój oraz harmonię w poszczególne momenty naszego życia. Parafrazując słowa Fryderyka Nietzschego pokusiłbym się o stwierdzenie, że najnowsza odsłona „Downton Abbey” bez muzyki byłaby pomyłką, odbierając jej cały czar i urok, zarówno znanego nam świata, jak i nowej epoki – a przynajmniej ja nie potrafię sobie wyobrazić takiego filmu, po ponad dekadzie bycia karmionym kultową już dziś ilustracją muzyczną, która zapuściła głęboko swoje korzenie w moim umyśle, tworząc przez lata wyjątkowe wspomnienia. A wiekowych drzew się nie przesadza.

Recenzowane wydanie CD zakupicie w sklepie cd-dvd-vinyl.