Kiedy w lecie roku 1945 amerykańskie bombowce B-29 zrzuciły bomby atomowe na Hiroszimę oraz Nagasaki, nikt nie przewidywał, jakie będą tego skutki w przyszłości. Były to jednocześnie pierwsze i ostatnie dwa przypadki użycia broni atomowej w konflikcie zbrojnym. Obecnie coraz bardziej odchodzi się od broni nuklearnej. Ostatnią głowicę zdetonowano w celach badawczych w 1992 roku w Nevadzie, a od roku 1986 systematycznie spada ilość arsenału atomowego. Aktualnie na świecie znajduje się około 13 tysięcy głowic nuklearnych, z czego 91% jest w posiadaniu USA oraz Rosji. Detonacja bomby atomowej powoduje niewyobrażalne szkody i zniszczenia. Ogromna temperatura sprawia, że ludzie dosłownie wyparowują, budynki znikają z powierzchni ziemi, przyroda i fauna nie ma absolutnie żadnych szans, nawet skały i kamienie nie są wstanie się oprzeć sile atomu. To wszystko można podsumować jednym słowem – dezintegracja. Jednak czy wybuch bomby atomowej może coś stworzyć?
Pierwotnie Godzilla w filmie Ishiro Hondy z 1954 roku była metaforą zniszczeń, które wywołały ataki bronią jądrową na Hiroszimę oraz Nagasaki. Mamy do czynienia z potężnym, zmutowanym prehistorycznym potworem, którego nie można powstrzymać w swojej nieobliczalnej destrukcji wszystkiego, co stanie mu na drodze. Na tej drodze jednak stanie ktoś równie potężny – King Kong, olbrzymi goryl pierwotnie zamieszkujący wyspę czaszki, na której żył z innymi przedstawicielami fauny, która była uważana za wymarłą, aż do czasu, gdy pewna ekipa filmowa postanowiła go złapać.
Najnowszy monster movie w reżyserii Adama Wingarda, który mam przyjemność recenzować, jest drugim, w którym Godzilla mierzy się z King Kongiem. Jest to odwieczna wojna tytanów – żaden nie może żyć ze świadomością, iż istnieje ktoś równie potężny. Takie mamy główne założenie fabuły, jednak historia zaczyna się ciut inaczej. King Kong jest odizolowany od świata zewnętrznego, żyje w ogromnej kopule na wyspie czaszki, gdzie jest pod nieustanną obserwacją naukowców. Odwiedza go tam regularnie sympatyczna dziewczynka, Jia (Kayle Hottle), córka kobiety-naukowca, Ilene Andrews (Rebecca Hall). Po czasie jednak, z powodów, których wam nie zdradzę, King Kong opuszcza placówkę. Niespodziewanie, po wielu latach nieobecności, z oceanu wyłania się Godzilla mająca na celu tylko jedną rzecz – zgładzić King Konga i zostać ostatnim żyjącym tytanem. Do tej wybuchowej mieszanki dochodzi jeszcze grupa naukowców, której celem będzie zgłębienie pochodzenia tytanów i dotarcie do ich krainy. Czy będzie to finalne starcie? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musicie ten film obejrzeć, do czego gorąco zachęcam.
Imponujące tempo akcji to – zaraz obok efektów specjalnych – największy plus najnowszego filmu Adama Wingarda. W trakcie seansu nie można się nudzić. Spektakularne walki potworów oraz niecodziennie pomysły robią ogromne wrażenie. Nie oczekujcie zbyt wiele od fabuły, jest banalna i prosta. Praktycznie wiele rzeczy w filmie nie ma żadnego sensu, dużo jest nieadekwatnie wytłumaczone, często na ekranie brak logiki czy podstawowych zasad fizyki. Jednak jeżeli podobały wam się poprzednie filmy z serii, to nie zwrócicie uwagi na niedociągnięcia i ten również na pewno przypadnie wam do gustu. Myślę jednak, że nawet jeśli nie oglądaliście, to i tak produkcja przykuje waszą uwagę. Akcja szybko angażuje widza i nie odpuszcza aż do samego końca.
Niewiele będę mówił o aktorach, gdyż w tym filmie głównym filarem są epickie bitwy Konga i Godzilli. Warto nadmienić wspaniałe efekty specjalne wykonane komputerowo, które świetnie miksują się z otoczeniem przy akompaniamencie świetnych efektów dźwiękowych, a także fenomenalną muzykę, ale o tym więcej później. Wracając do aktorów, w filmie gra Madison Russell znana z serialu Stranger Things jako „Nastka”. Wciela się w rolę Millie Bobby Brown, młodej uczennicy, która wspólnie z swoim kolegą Joshem Valentinem (Julian Dennison) słucha audycji prowadzonej przez Berniego Hayesa (Brian Tyree Henry). Wcześniej wymieniony Bernie w swojej audycji skupia się na spiskowych teoriach dotyczących tytanów, co później sprowadzi na całą trójkę niebywałe niebezpieczeństwo. W filmie gra również Alexander Skarsgard w roli Nathana Linda, który będzie dowodził w podróży do magicznej krainy, a także Demian Bichir w roli głównego antagonisty – Waltera Simmonsa. Jak możecie się domyślić, nie tylko Kong i Godzilla będą uczestniczyć w spektakularnej batalii.
Oglądałem ten film pierwszy raz w kinie, ale przy tej recenzji przypomniałem go sobie i obejrzałem ponownie w wersji DVD. Jednak na ten film trzeba pójść do kina – jeżeli nie byliście, to żałujcie! Duży ekran i kinowe nagłośnienie niebywale wzmacniają odczucia i emocje, których dostarcza „Godzilla vs. Kong”. W domowym zaciszu nie sposób przeżyć tego film w należyty sposób. Mamy potężne starcia, a takie najlepiej oglądać na dużym ekranie! Obejrzałem film dwa razy i nie żałuję. Polecam udać się do kin, jednak, jeżeli nie macie takiej możliwości, to obejrzycie sobie w domu, podkręćcie tylko odpowiednio głośność – efekty dźwiękowe muszą odpowiednio wybrzmieć!
Muzykę do filmu skomponował Tom Holkenborg, którego możecie kojarzyć z „Mad Max: Na drodze gniewu”, „Deadpool” czy Netflixowa „Armia umarłych”. Zatem już możecie być pewni, że w „Godzilla vs. Kong” również zrobił kawał dobrej roboty. Oczywiście muzyka nie odbiega od tego, co prezentowały poprzednie filmy z serii, co znaczy, że jest utrzymana w podobnej stylistyce. Niektóre motywy przewodnie są bardzo podobne do tych z „Godzilla vs. Mechagodzilla” z 2002 roku.
Recenzja powstała dzięki współpracy z Galapagos - dystrybutorem filmu na DVD.