Piątka Filmosfery - filmy, które nastrajają optymistycznie
Sylwia Nowak-Gorgoń | 24 dni temuŹródło: Filmosfera
Jutro, czyli 2 lutego, będziemy obchodzić Dzień Pozytywnego Myślenia. Kino ma tę siłę, że potrafi nawet kiepski dzień zamienić na pełen radości. Dlatego prezentujemy naszym zdaniem pięć tytułów filmowych, które rozświetlą Wam nawet najbardziej pochmurny dzień.

1. „Pół żartem, pół serio” (1959), reż. Billy Wilder
Pół żartem, pół serio” w reżyserii Billy’ego Wildera to klasyk komedii, który jest wybornym przykładem sztuki i rozrywki w jednym. Historia dwóch muzyków jazzowych, którzy ukrywając się przed wyrokiem mafii, dołączają do żeńskiego zespołu…jako kobiety, zalicza się do tych niezapomnianych obrazów starego, dobrego, klasycznego Hollywood. Można w nim znaleźć wszystko, co najlepsze. Lekką i zarazem rzetelną reżyserię, ciekawie i zabawnie opowiedzianą historię, nieśmiertelne dialogi („Nobody’s perfect”) i sceny (tango Daphne i Osgooda, śpiewająca Sugar Kane), cudowny humor. Jednak „Pół żartem, pół serio” to przede wszystkim wspaniałe kreacje aktorskie. Czarujący Tony Curtis, seksowna Marlin Monroe, przezabawny Joe E. Brown i niesamowity Jack Lemmon, który jako Daphne kradnie każdą scenę. Nadmienię, że postać Daphne to moim zdaniem najlepiej napisana i zagrana postać komediowa w historii kina. „Pół żartem, pół serio” to komedia–klasyk. Ostatnie zdanie w „Pół żartem, pół serio” brzmi „Nikt nie jest idealny”. Może nikt nie jest idealny, ale ten film ociera się o ideał. Ta czarno-biała komedia ma w sobie tyle pasji, życia i koloru, że bawi widzów już 50 lat i nie zanosi się, że kiedyś przestanie, ponieważ takie filmy nigdy się nie zestarzeją. Sylwia Nowak-Gorgoń

2. „Żywot Briana” (1979), reż. Terry Jones
Drugi z kolei film fabularny brytyjskiej grupy Monty Pythona to historia „mężczyzny zwanego Brianem”, którego losy często krzyżują się z losami Jezusa Chrystusa. Film jest pełen absurdu, aluzji, parodii, pastiszu, naśmiewanie się z symboli i ikon kultury, obnażenia głupoty, zacofania i bezmyślności współczesnego świata. Twórcy nie oszczędzają nikogo w swojej satyrze. Dostaje się władzy (przezabawnie sepleniący Poncjusz Piłat oraz najgłupsi rzymscy żołnierze w historii kinematografii). Gani się ruchy anarchistyczne, religijne i fundamentalistyczne. Grupa Monty Pythona demaskuje to wszystko, co sprawia, że człowiek jest istotą nieskończenie głupią, ograniczoną i niesamodzielną. Pokazuje człowieka zakorzenionego w chorej cywilizacji, podążającego ślepo za tłumem. Jednak brytyjscy komicy nie tylko dezaprobują, ale też starają się ukazać, iż to, co jest najbardziej istotną wartością w naszym życiu to indywidualność każdego z nas. Posiadamy możliwość wyboru i umiejętność samodzielnego myślenia. Film sfinansowany przez eks-Beatlesa, George’a Harrisona to także po prostu doskonała komedia. Cała historia niby oparta na skeczach jest świetnie skonstruowaną i zabawną historią, gdzie nawet pojawienie się statku kosmicznego nie burzy toku akcji. Członkowie grupy Monty Pythona grają z dużym, nawet bardzo dużym dystansem do swoich postaci, dzięki czemu atmosfera absurdu jest jeszcze bardziej potęgowana. Nieśmiertelny brytyjski humor na najwyższym poziomie. Poza tym „Żywot Briana” to czysta afirmacja życia. Życia wartościowego, przeżytego mądrze, świadomie i zawsze po jasnej stronie. Sylwia Nowak-Gorgoń

3. „Choć goni nas czas” (2007), reż. Rob Reiner
W „Choć goni nas czas” Rob Reiner podjął próbę uporania się z trudnym tematem starości w sposób optymistyczny i niestereotypowy. Pojawia się w nim wiele pesymistycznych wątków: choroba, oczekiwanie na śmierć, niezrozumienie i cierpienie bliskich, niespełnione marzenia. Mogłoby to wskazywać na ciężki, dołujący film – tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Tchnie on nadzieję w widza i pokazuje, że można się cieszyć życiem nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Oczywiście „Choć goni nas czas” jest w pewnym stopniu nierealną, nieco ckliwą hollywoodzką bajeczką, jednak bardzo miło się ją ogląda. Paradoksalnie, mimo że jest to film o umieraniu i godzeniu się ze śmiercią, nastraja on pozytywnie i daje do myślenia. Ogromny atut obrazu to obsada – pierwsza liga wśród aktorów: Jack Nicholson i Morgan Freeman sprawiają, że „Choć goni nas czas” ogląda się jednym tchem. Film polecam zwłaszcza pesymistom. Katarzyna Piechuta

4. „Poradnik pozytywnego myślenia” (2012), reż. David O. Russell
Poradnik pozytywnego myślenia” to przede wszystkim film o normalności. Widzimy na ekranie Pata, który nie potrafi opanować wybuchów gniewu i jest impulsywny. Widzimy też jego ojca, zapalonego fana futbolu amerykańskiego, odprawiającego swoje małe, magiczne rytuały, mające na celu przynieść zwycięstwo jego ukochanym Orłom. I widzimy również Tiffany, lekko stukniętą dziewczynę po przejściach, która intryguje swoją bezpośredniością. Wszyscy mają swoje natręctwa, czasem zachowują się nieadekwatnie do sytuacji, ale właśnie przez to są autentyczni, niczego nie udają – po prostu są sobą, razem ze wszystkimi swoimi dziwactwami. Jaki płynie z tego morał? Taki, że każdy z nas ma swoje „odchyły” – nie tylko bohaterowie „Poradnika pozytywnego myślenia” – choć nie każdy się do tego przyznaje. Mimo iż film jest komediodramatem, to więcej w nim komedii, niż dramatu. Przygnębiające tematy stanowią raczej tło, bowiem na pierwszy plan wysuwa się… pozytywne myślenie. Excelsior! – tym hasłem główny bohater zdaje się motywować do działania nie tylko siebie, ale i widzów. Katarzyna Piechuta

5. „Green Book” (2018), reż. Peter Farrelly
Piękna opowieść o przyjaźni, jaka połączyła dwóch mężczyzn, których zdecydowanie więcej zdaje się dzielić, niż łączyć, urzekła widzów na całym świecie. „Green Book” to historia o wspólnej podróży, w jej dosłownym jak i metaforycznym znaczeniu, drobnego cwaniaczka z Bronxu, Tony’ego Lipa (w tej roli Viggo Mortensen), który w owej podróży pełni rolę szofera, oraz ekstrawanckiego muzyka z wyższych sfer doktora Dona Shirley’a (nagrodzony Oscarem za tę rolę Mahershala Ali). Podróżując po kraju od miasta do miasta, w których Shirley koncertuje, obaj mężczyźni, choć pochodzący z kompletnie różnych światów, stopniowo uczą się otwartości i akceptacji odmienności. Dlatego choć „Green Book” zwyczajnie miło się ogląda, to warto go zobaczyć również ze względu na piękne i uniwersalne przesłanie, jakie niesie. To jeden z tych filmów, do których chętnie się wraca nawet po kilka razy. I zawsze z uśmiechem na twarzy. Katarzyna Piechuta