duża fotografia filmu Thor: Miłość i Grom
Miniatura plakatu filmu Thor: Miłość i Grom

Thor: Miłość i Grom

Thor: Love and Thunder

2022 | USA | Akcja, Przygodowy, Fantasy | 118 min

Miłość rośnie wokół nas, superbohaterów [recenzja Blu-ray]

Arkadiusz Kajling | 08-10-2022
Jeszcze niedawno, zaledwie piętnaście miesięcy temu, świętowaliśmy wielki powrót superbohaterów do kin wraz z premierą „Czarnej wdowy”, której data kinowego debiutu była aż trzykrotnie przekładana z powodu pandemii koronawirusa (a echa premiery samego filmu zostały następnie przyćmione przez pozew Scarlett Johansson skierowany przeciwko Disneyowi, w którym aktorka zarzuciła wytwórni złamanie umowy dotyczącej wyłącznej premiery jej najnowszego dzieła w kinach i skierowanie go do dystrybucji hybrydowej), dziś natomiast zbliżamy się już do końca IV fazy Marvel Cinematic Universe z debiutującą właśnie na fizycznych nośnikach produkcją „Thor: Miłość i grom” – czwartym filmie o przygodach nordyckiego boga burzy i piorunów. Najnowsza odsłona serii to także szósty obraz w kolejności z najwięcej zarabiających filmów 2022 i nic nie wskazuje na to, by biznes miał się chylić ku końcowi – przeciwnie! Na zakończonym niedawno konwencie fanów D23 Expo Disney ujawnił aż dziesięć superbohaterskich produkcji, które mają zadebiutować na ekranach kin oraz na platformie streamingowej Disney+ w nadchodzących latach, tak więc V faza Marvela stała się faktem i zbliża się już wielkimi krokami, a my powoli zaczynamy słyszeć i wyczuwać jej rytmiczny marsz. Póki jeszcze „przyszłość, która nadejdzie” nie stała się faktem, zasiądźmy wygodnie w fotelu w teraźniejszości, by kolejny raz powrócić do Asgardu w najnowszym filmie Taiki Waititiego – produkcji tak różnej od swojego poprzednika, jak protagoniści najnowszej odsłony: Thor i jego antagonista-bogobójca.

Film rozpoczyna prolog, w którym widzimy wyjałowioną, zniszczoną przez erupcję wulkanów planetę, gdzie brak wody i dzikie zwierzęta są na porządku dziennym. Ostatnim z jej mieszkańców jest Gorr, który stracił niedawno ukochaną córeczkę. Mimo, iż usilnie prosił bogów o ratunek dla swojej małej rodziny, boska pomoc nie nadeszła, co sprawiło, iż mężczyzna utracił wiarę w siły nadprzyrodzone. Wkrótce okazuje się, że Gorr był w błędzie – bogowie istnieją naprawdę, ale miał też trochę racji odnośnie ich egocentrycznego spojrzenia na świat śmiertelników. Lata cierpień stopniowo budowały w nim chęć zemsty, początkowo głęboko uśpionej, teraz wyrażającej się nie tylko w słowach, ale i czynach. Wyczuwając wściekłość śmiertelnika, który zaprzestał oddawania czci bogom, obdarzony niespotykaną siłą nekromiecz przejmuje nad nim kontrolę – odtąd Gorr będzie znany jako „Bogobójca”, niosąc śmierć bóstwom i budząc strach nawet w tych najsilniejszych bytach. W międzyczasie nasz tytułowy protagonista Thor dołącza do Strażników Galaktyki, a u Jane Foster zostaje zdiagnozowany nowotwór w ostatnim, czwartym stadium. Kiedy tradycyjne metody leczenia zawodzą, pani doktor udaje się do Asgardu, szukając mniej konwencjonalnych sposobów na pokonanie choroby i znajduje tam Mjolnir – młot nordyckiego boga, zniszczony przez Helę, panią śmierci.  Rzeczywiście, charakterystyczny atrybut Thora daje moc i ożywczą siłę Jane, której tak potrzebowała – teraz ona sama staje się Potężną Thor, gotową do walki z siłami zła. Jednak pradawna magia nie może trwać wiecznie, a balansowanie pomiędzy życiem, a nieuchronną śmiercią staje się coraz trudniejsze dla samej doktor Foster - podczas gdy szpony mrocznego żniwiarza zdają się zataczać coraz szersze kręgi i pogrążać świat w ciemnościach, bohaterowie wkrótce zrozumieją, że jedną z najsilniejszych rzeczy na ziemi, która ma moc uzdrawiania jest po prostu... miłość.

Pierwsze przymiarki do stworzenia nowej części przygód nordyckiego boga piorunów pojawiły się już pięć lat temu przy okazji premiery poprzedniej części „Thor: Ragnarok” w listopadzie 2017 roku – wtedy już sam Chris Hemsworth wyraził zainteresowanie projektem i rolą Thora (mimo iż jego kontrakt ze studiem Marvela miał wygasnąć po filmie „Avengers: Koniec gry” z 2019 roku), dopóki Taika Waititi będzie go nadzorował. Dwa lata później nowozelandzki reżyser oficjalnie potwierdził swój angaż, przyznając, że czwarta cześć przygód syna Odyna będzie miała odmienny charakter i klimat, niż jego filmowy prekursor. I rzeczywiście tak jest – „Miłość i grom” ma tak skonsolidowaną liczbę żartów i gagów, jak jeszcze żadna produkcja w filmowym uniwersum Marvela, choć pierwotnie scenariusz napisany przez Waititiego utrzymany był w romantycznym duchu, czyli gatunku, z którym filmowiec nie miał jeszcze do czynienia. Finalny obraz określił jako „kosmiczną operę w klimacie lat 70. ubiegłego wieku, utrzymaną w wesołej, przypominającej imprezę atmosferze”, ale też nawiązującą do klasyki kina przygodowego z lat 80., jak „Conan Barbarzyńca” (1982), czy „Władca zwierząt” (1982) z widocznym wpływem sztuki tworzonej przez Jacka Kirby’ego – słynnego rysownika komiksów, twórcy „Kapitana Ameryki”. Te wszystkie wpływy najwyraźniej uwidaczniają się przy oficjalnych plakatach promujących film, jak i napisach końcowych, które wyglądają jakby były dosłownie „wyjęte” z innej epoki. W tym miejscu warto co nieco wspomnieć o wizualnym przepychu i designie Wszechmiasta, które zapiera wręcz dech w piersiach – metropolia bogów stworzona ze szkła i złotego kruszcu przypomina niezrealizowane futurystyczne projekty Londynu architekta Christophera Wrena po wielkim pożarze w XVII wieku, które zainspirowały wygląd brytyjskiej stolicy w „Złotym kompasie” z 2007 roku.

Pod względem gry aktorskiej uwagę przykuwają dwie postaci, jedną z nich jest Christian Bale, który wciela się w głównego antagonistę filmu. Brytyjski aktor po raz kolejny przechodzi ekranową metamorfozę, tym razem do tego stopnia, że gdyby nie nazwisko na plakacie, Bale byłby nie rozpoznania. Jego postać to dosłownie czarny charakter, spowity w ciemnych barwach o przeszywającym wzroku i wyważonym głosie, który paraliżuje nas ze strachu. Daję głowę, że wielu kinomanów będzie on nawiedzał w ich snach. Drugą wyróżniającą się kreację stworzyła Natalie Portman. Amerykańsko-izraelska aktorka zgodziła się wrócić do roli doktor Jane Foster po jednym tylko spotkaniu z reżyserem, który chciał przeprojektować jej postać w filmie na nowo (pamiętajmy, że bohaterka grana przez Portman nie pojawiła się w poprzedniej odsłonie z cyklu). Zmagająca się z wykańczającą ją chorobą doktor Foster nie tylko dostaje życiodajną siłę dzięki boskiej mocy, ale i ma szansę spotkać się ponownie z Thorem, by tym razem walczyć u jego boku. Świetnie wypada ten duet na wielkim ekranie, który po dekadzie nie stracił nic na chemii między odtwórcami ról, obecnie już filmowych ekskochanków. Chociaż „czwarty Thor” nie miał być w założeniu poważny, czy dramatyczny, twórcy zamierzali zagłębić się w zależność pomiędzy „miłością” (symbolizującą życie), a „stratą i zemstą” (utożsamianą ze śmiercią). Bogobójca Gorr niesie ze sobą zgubę i zagładę dla tych, którzy odebrali mu wszystkich, których darzył najszczerszym z uczuć, natomiast Thor chce ocalić przed tym losem byłą ukochaną, której ziemskie życie ma zakończyć się znacznie szybciej, niż by tego sobie życzył. Jedna z ostatnich scen jest jednak dowodem na to, że miłość ma tak naprawdę uzdrawiającą moc leczenia ran duszy, a uczucie to możemy przelać na każdą osobę i pielęgnować je, by rozkwitało niczym kwiat.

Ilustrację muzyczną do najnowszej części przygód Thora stworzył Michael Giacchino, dla którego jest to już drugi projekt dla wytwórni Disneya w tym roku (po „Buzzie Astralu”). Jest to tym samym pierwsze spotkanie amerykańskiego kompozytora z bogiem burz i piorunów – każda poprzednia część w serii posiadała innego twórcę muzyki (odpowiednio Patricka Doyle’a, Briana Tylera oraz Marka Mothersbaugha). Przy tworzeniu ścieżki uczestniczyła też izraelsko-holenderska kompozytorka – Nami Melumad. Taika Waititi chciał, by soundtrack posiadał „pompatyczną i barwną paletę dźwięków”, co doskonale obrazuje opublikowany na tydzień przed premierą pierwszy utwór „Mama’s Got a Brand New Hammer” (a dokładniej jego druga połowa z wybijającą się elektryczną gitarą i chóralnym zakończeniem, co świetnie wtapia się w retro atmosferę obrazu). W podobnym klimacie utrzymane są chociażby „The Not Ready For New Asgard Players”, „Saving Face”, czy końcowy „The Ballad of Love and Thunder”, które dzięki celowej stylizacji wielu skojarzą z filmami akcji sprzed lat. Najnowszy Thor to obraz niezwykle epicki, a więc muzyka musiała dodatkowo potęgować to wrażenie – foniczny rozmach słyszymy w „We’re Not Emos, We’re Gods”, „The Zeus Fanfares”, czy „The Power of Thor Propels You”. O ile ścieżka dźwiękowa świetnie sprawdza się w filmie, na albumie od razu rzucają nam się „w uszy” krótsze utwory, które z uwagi na ich długość nie mają po prostu czasu się rozwinąć i utkwić w pamięci. Podczas napisów końcowych wykorzystano piosenkę „Sweet Child o’ Mine” zespołu Guns N’Roses, który jest jednym z ulubionych hard rockowych bandów samego reżysera – utwór pozwolił też uchwycić szaloną wizualnie przygodę, którą filmowcy starali się zaprezentować na ekranie.

WYDANIE BLU-RAY

Obraz na płycie został zapisany w formacie 2.39:1 i sprawdza się on zgodnie z oczekiwaniami wyśmienicie – jak zresztą każdy transfer filmów Marvela wydanych na fizycznych nośnikach w wysokiej jakości przez Disneya. Jest czysty, wyraźny, brak widocznego ziarna, próżno też doszukiwać się błędów kompresji, czy artefaktów – można wręcz stwierdzić, że oglądanie tego filmu w warunkach domowych to czysta przyjemność, a u niektórych geeków może wywołać nawet uczucie ASMR, czyli przyjemnego mrowienia. Kolory są mocno i pięknie nasycone, szczególnie w jaśniejszych ujęciach (scena we Wszechmieście), ale i do czerni nie można się przyczepić – w pewnym momencie filmu, gdy bohaterowie przybywają do Królestwa Cieni, obraz staje czarno-biały, co stanowi interesującą przeciwwagę do wypełnionej soczystymi barwami pierwszej połowy produkcji. Czerń nie jest jednak nigdy smolista i z łatwością możemy dostrzec wszystkie detale scenografii, a także faktury ubrań protagonistów. Oryginalna ścieżka dźwiękowa została zapisana w formacie DTS-HD Master Audio 7.1, natomiast polski dubbing otrzymujemy standardowo w formacie Dolby Digital 5.1. Prócz obfitujących w efekty dźwiękowe scen walk i akcji, największe wrażenie na słuchaczu robi dynamiczny soundtrack, przywodzący na myśl doznania z koncertu rockowego z ubiegłego wieku, co było oczywiście zaplanowanym zabiegiem.

Na płycie oprócz filmu otrzymujemy też dodatki specjalne, które trwają łącznie ok 30 minut (nie licząc oczywiście komentarza). Nie jest to być może zatrważający zestaw materiałów bonusowych, jednak każdy z nich dotyczy innego aspektu filmu, co stanowi ciekawy zbiór informacji dla każdego fana superbohaterskich produkcji. Pierwszy z nich “Godni młota: Thor i Potężna Thor” (5:36) skupia się na świeżym podejściu do najnowszej części przygód boga piorunów, krótko też opisuje udział Natalie Portman, jej szkolenie oraz kostiumy. “Kreując złoczyńcę” (6:11) jest w całości poświęcony Gorrowi, czyli czarnemu bohaterowi granemu przez Christiana Bale’a. “Taika Waititi: Filmowa przygoda reżysera” (7:53) to najdłuższy z dodatków, w którym sam reżyser tłumaczy się z komediowego wydźwięku swojej ostatniej pracy, jednocześnie zachowując przygodowy, wypełniony akcją charakter filmu. Standardowo na koniec otrzymujemy “Gagi” (2:45), czyli kolekcję zabawnych i nieudanych ujęć uchwyconych na planie oraz “Sceny niewykorzystane” (7:45) – zbiór czterech sekwencji, które wypadły z finalnej wersji obrazu. Dodatkowo otrzymujemy też “Komentarz audio reżysera”, który znajdziemy w sekcji “Wersje językowe”. Statyczne menu dostępne jest w języku polskim.

“Thor: Miłość i grom” to przedostatni film z IV fazy Marvel Cinematic Universe, który wyraźnie odcina się stylistycznie od swojego poprzednika o przygodach nordyckiego boga burz i piorunów, co zdecydowanie działa na jego korzyść. Taika Waititi wnosi wiele humoru do najnowszej produkcji i aspekt ten nieoczekiwanie staje się cechą charakterystyczną produkcji nowozelandzkiego reżysera debiutującej właśnie na nośnikach fizycznych. Bezbłędnie odwzorowany klimat kina akcji i przygody z lat 80. ubiegłego wieku podchwycą co starsi widzowie, wyłapując wizualne nawiązania do produkcji sprzed lat, młodsi zaś podziwiać będą spektakularne efekty specjalne i współczesny dowcip. Polska edycja na błękitnym krążku zawiera popisową wręcz jakość obrazu i dźwięku, okraszoną garścią dodatków specjalnych, więc wierni fani Marvela z przyjemnością dodadzą to pudełkowe wydanie do swoich kolekcji.

Recenzja powstała dzięki współpracy z Galapagos Films – dystrybutorem filmu na Blu-ray.

Reżyseria
Dystrybutor
Disney
Premiera
08-07-2022 (Polska)
06-07-2022 (Świat)
Inne tytuły
The Big Salad
4,0
Ocena filmu
głosów: 1
Twoja ocena
chcę zobaczyć
0 osób chce go zobaczyć
dodaj do ulubionych
0 osób lubi ten film
obserwuj
0 osób obserwuje ten tytuł
dodaj do filmoteki
0 osób ma ten film u siebie

dodaj komentarz

Możesz pisać komentarze ze swojego konta - zalogować się?

redakcja strony

Radosław Sztaba
Arkadiusz Chorób