duża fotografia filmu Nasze magiczne Encanto
Miniatura plakatu filmu Nasze magiczne Encanto

Nasze magiczne Encanto

Encanto

2021 | USA, Kolumbia | Przygodowy, Animowany, Komedia, Familijny, Fantasy, Musical | 99 min

Z rodziną wychodzi się dobrze nie tylko na zdjęciu [recenzja DVD]

Arkadiusz Kajling | 20-10-2022
“Nasze magiczne Encanto” jest produkcją Disneya na którą praktycznie nie czekałem, nie wyszukiwałem newsów i nie ekscytowałem się kolejnymi doniesieniami z nią związanymi – ta 60. pełnometrażowa animacja studia debiutująca pod koniec 2021 roku była u samego dołu moich wyczekiwanych filmów zeszłego roku i w pewnym momencie o niej zupełnie zapomniałem. Nawet jeśli pierwszy teaserowy plakat przypadł mi do gustu, sam opis i warstwa wizualna wydały mi się nieco zbyt podobne do rewelacyjnego “Coco” sprzed kilku lat z głównym bohaterem również niepasującym do reszty rodziny, a dodatek muzyki Lin-Manuela Mirandy, za którym niespecjalnie przepadałem skutecznie trzymał mnie na dystans. Niemożliwe wydało mi się prześcignięcie jednego z najlepszych osiągnięć Pixara, ale jak mówi sama Mary Poppins – “Wszystko jest możliwe, nawet to, co niemożliwe”. I kobieta ma rację.

Akcja filmu rozgrywa się w Kolumbii w latach pięćdziesiątych – to właśnie tam w urokliwym, tętniącym życiem miasteczku poznajemy niezwykłą rodzinę Madrigal, której nestorka babcia Alma w najcięższym momencie swego życia otrzymała dar drugiej szansy i rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Od tej chwili jej potomkowie skończywszy pięć lat otrzymywali specjalny dar podczas wyjątkowej ceremonii, a każdy z nich jest niezwykły i niepowtarzalny. Julieta potrafi leczyć najcięższe przypadki swoim jedzeniem, Pepa kontroluje pogodę, a ich brat Bruno posiadł dar przewidywania przyszłości. Gdy kobiety wyszły za mąż również ich dzieci zostały obdarzone odpowiednimi właściwościami. Ze związku Pepy i Felixa narodziła się trójka dzieci – Dolores, potrafiąca usłyszeć dosłownie wszystko, Camilo, który zmienia swoją postać niczym kameleon i Antonio, który rozumie mowę zwierząt. Julieta i Agustin doczekali się natomiast trzech córek – najstarsza Isabela tworzy piękne kwiaty, Luisa posiada nadludzką siłę, natomiast najmłodsza Mirabel... cóż, ona jako jedyna nie otrzymała swojego daru. Podczas gdy cała rodzina Madrigalów udziela się w lokalnej społeczności, wykorzystując swoje dary, Mirabel czuje się niczym wyrzutek nie mogąc spełnić oczekiwań pokładanych w niej przez rodzinę, a dokładniej babcię. Gdy dziewczyna odkrywa, że ich magiczny dom zaczyna pękać, a magia zdaje się wyczerpywać, Mirabel będzie musiała stawić czoło rodzinnym sekretom, dokonując odkrycia, które na zawsze zmieni oblicze rodziny Madrigal...

Od razu na wstępie muszę powiedzieć, że... jestem encantado! (czyli “oczarowany”). Mimo, iż “Nasze magiczne Encanto” nie posiada tyle rozmachu, co “Raya i ostatni smok”, to jednak zdobywa nasze serca ciepłem całej historii, która posiada tyle uroku, co Pixarowy “Coco”. Nie sądziłem, że jeszcze wzruszę się na jakiejś produkcji Walta Disneya po “Księżniczce i żabie” i nie myślcie, że wytwórnia zdołała skruszyć patynę obojętności, która narosła w ciągu minionej dekady – filmy Pixara dalej mnie poruszają, jednak nigdy nie mogłem zaangażować się emocjonalnie w animacje ze studia Myszki Miki. Aż do teraz. Pod wieloma względami “Nasze magiczne Encanto” to zupełnie nowy rodzaj opowiadania historii, jednym z takich aspektów jest brak typowego Czarnego Charakteru, mimo iż marketing filmu oraz jego pierwsza część starają się nam pokazać coś zupełnie innego. W konsekwencji mamy raczej do czynienia z antagonistą, czy raczej pewną “przeszkodą” na drodze głównej bohaterki do poznania prawdy. Brawa dla Disneya należą się również za nieunikanie ciężkich tematów, jak śmierć, czy emigracja i to w jaki sposób one mogą wpływać nie tylko na jedną, konkretną osobę, ale i całą rodzinę, która cały czas mierzy się z bolesną przeszłością, a świeca jest żywym przypomnieniem poświęcenia, którego dokonał ich przodek Pedro, wybranek babci Almy. Historia nestorki rodu opowiadana jest przez nią dwukrotnie – na samym początku jawi się niczym baśń, obfitując w magiczne detale, natomiast w drugiej części filmu ma zdecydowanie bardziej realny wydźwięk, a magia pojawia się jako wybawienie – cud, który jednak nie koi bólu.

Warstwa wizualna zachwyca na każdym kroku, kolory wręcz wylewają się z ekranu, a te obecne są na każdym kroku – czy to w projektach strojów, czy samym wyglądzie domu, zarówno zewnętrznej elewacji, jak i wnętrzu Casity. Zdecydowanie wpłynął na to folklor Kolumbii, który przejawia się w praktycznie każdym aspekcie produkcji. Magiczny dom jest tak kolorowy i ciekawie stworzony, że chcielibyśmy w nim jak najdłużej przebywać, by poznać jego wszystkie sekrety – mamy na to trochę czasu, gdyż akcja animacji toczy się głównie w domu, lub jego okolicy co pozwala nam poznać nowe, często nieznane dla Europejczyka otoczenie. Co ważne – mimo, iż nie opuszczamy budynku, akcja nigdy nie nudzi, gdyż to Casita jest oknem na świat, a dokładnie jego drzwiami, które prowadzą do najróżniejszych krain, zamieszkałych przez domowników. Tutaj ciekawostka – włodarze firmy nie chcieli się zgodzić na tylu głównych bohaterów, jednak Lin-Manuel Miranda postanowił przekonać kierownictwo, że taki pomysł może zadziałać i stworzył utwór otwierający film pt. „Rodzina Madrigal”, w którym poznajemy całą rodzinę i ich nadprzyrodzone zdolności. W ten sposób każdy bohater z osobna zapada nam w pamięć już od początku, odwrotnie niż w „Coco”, gdzie z całej rodziny Rivera zapamiętujemy Miguela, prababcię Coco i Hectora. 

Projekty postaci od razu przypadły mi do gustu – Mirabel to chyba jedna z najbardziej “zwykłych” głównych bohaterek opowieści, nie będąca księżniczką i nie posiadająca żadnych mocy. Ot, zwykła piętnastolatka, która chce podążać własną drogą z trochę dokazującą starszą siostrą i kuzynem.. z którą utożsamiać będą się miliony nastolatek! Ba! Pokażcie mi kogoś, kto nie utożsamiłby się z którymś z członków Madrigalów w pewnym momencie swojego życia. A może filmowa rodzina przypomina Wam własną? Możliwość natychmiastowej wręcz identyfikacji z ekranowymi postaciami sprawia, że sami stajemy się częścią rodziny Mirabel, buntując się przeciwko surowym zasadom wyznawanym przez babcię Almę i szukamy ukojenia w towarzystwie mamy Juliety, która zawsze ma pod ręką domowy wypiek.

Przy omawianiu filmu warto wspomnieć, iż “Encanto” nawiązuje do jednego z twórców magicznego realizmu, czyli Gabriela Garcii Marqueza i jego powieści “100 lat samotności”. W swoich założeniach ta odmiana realizmu odwoływała się do wyobraźni, operując tym, co niezwykłe oraz nawiązywała do legend i lokalnej tradycji, co świetnie wpisuje w fabułę animacji – w obu przypadkach mamy cząstki niewytłumaczalne racjonalnie oraz realne, które razem koegzystują. Książkę pisarza i najnowsze dzieło Disneya łączą w sposób oczywisty żółte motyle, będące symbolem wewnętrznej i zewnętrznej przemiany, która zachodzi nie tylko w Mirabel, ale i innych członkach rodziny, jednak to główna bohaterka jest katalizatorem tych zmian. Porównałbym nawet życie Mirabel do czterech cyklów życia motyla: pierwszy to “jajo”, czyli życie Mirabel zanim osiągnie pięć lat, drugi to “gąsienica” gdy Mirabel żyje w poczuciu bycia wyrzutkiem; kolejny “poczwarka” to uświadomienie sobie możliwości dokonania zmian na lepsze, ostatni “imago” to oczywiście osiągniecie celu i zrozumienie swego przeznaczenia.

“Nasze magiczne Encanto” to musical, więc temat muzyki to obligatoryjny punkt tej recenzji, a jest o czym rozmawiać. Mimo, iż nigdy nie darzyłem szczególnym uznaniem twórczości Lina-Manuela Mirandy, to muszę stwierdzić, że od jego najnowszych kompozycji nie mogę się wręcz oderwać. Już na samym początku kompozytor wykonał interesujący zabieg – gdy włodarze wytwórni nie chcieli zgodzić się na wiele głównych postaci Miranda postanowił stworzyć utwór, który opisuje każdego członka rodziny i umieścić go na samym początku. W ten sposób piosenka nie zatrzymuje akcji, a popycha ją do przodu. Takich przykładów można mnożyć – w “Nie mówimy o Brunie” dowiadujemy się wielu ciekawostek o najbardziej tajemniczej postaci rodziny Madrigal, w “Chcieć znaczy móc” obserwujemy zmianę postrzegania siebie, jaka zachodzi w Isabeli, jej postać wręcz rozkwita i staje się w końcu zgodna z jej naturą, a “Dos Oruguitas”, naładowane emocjonalnym ładunkiem, cofa nas do przeszłości i ukazuje historię bez upiększania, nie stroniąc od trudnych tematów jak emigracja, czy śmierć. Przyglądając się muzycznym sekwencjom zwróciłem też uwagę na ich niesamowicie dopracowaną choreografię, która sprawdziłaby się w niejednym aktorskim musicalu – nie dziwię się, że “Nie mówimy o Brunie” osiągnęło taką popularność, utwór nie tylko wpada w ucho, ale porywa też jego warstwa wizualna, czy układy taneczne, a końcówka w której każdy z wykonawców wykonuje swoją partię, tańcząc i brzmiąc w harmonii na długo zostaje w głowie. 

Na soundtracku do filmu, który jest dostępny w Polsce w dwóch wersjach otrzymujemy też instrumentalną ścieżkę dźwiękową za którą odpowiedzialna jest Germaine Franco. Jeśli jej nazwisko brzmi Wam znajomo, to macie rację, gdyż kompozytorka była odpowiedzialna za większość piosenek w Pixarowym “Coco”, w tym oscarowy “Pamiętaj mnie”. Mimo, iż score do "Encanto" nie posiada takiego rozmachu, jak "Raya i ostatni smok" z pewnością nie można mu odmówić magii - dobrze to już słychać w otwierającym film utworze "Abre Los Ojos", który od pierwszych sekund kreuje baśniowy świat, czy "I Need You". Na ścieżce dźwiękowej usłyszymy wiele tradycyjnych dla Ameryki Południowej instrumentów jak akordeon, tiple, czy tambura, które dodają autentyczności ilustracji muzycznej. Soundtrack obfituje również w wiele dynamicznych, budzących napięcie oraz grozę utworów z których wyróżnia się "The Ultimate Vision", będący również jedną z ciekawszych i mroczniejszych scen w filmie. Moim ulubionym instrumentalnym utworem jest "Mirabel’s Cumbia" będący nawiązaniem do jednego z elementów folkloru Kolumbii, czyli tańca ludowego - można powiedzieć, że jest on wręcz wizytówką całego score'u, zachwycającą bogactwem i różnorodnością dźwięków.

WYDANIE DVD

Choć animacja miała swoją kinową premierę pod koniec listopada, to dopiero po ośmiu miesiącach możemy cieszyć się jej fizycznym wydaniem – zapewne jest to związane ze startem serwisu Disney+ w naszym kraju. Przypomnę, że film zaczął cieszyć się oszałamiającą popularnością właśnie po amerykańskiej premierze w streamingu, która miała miejsce 25. grudnia 2021 roku, dlatego prawdopodobnie założono, że ten 60. pełnometrażowy klasyk będzie jednym z tytułów przyciągających nowych subskrybentów. Wszystkie animacje Disneya po 2016 cechuje niesamowita szczegółowość oraz dokładność i nie inaczej jest tym razem. Pamiętam, że pierwszy raz wytworzoną komputerowo florą zachwyciłem się przy okazji „Vaiany”, a już rok później barwy i ich kontrast bajkowego świata „Coco” ponownie wprawiły mnie w osłupienie. „Nasze magiczne Encanto” jest dla mnie połączeniem tych dwóch rzeczywistości – lasy równikowe Kolumbii wyglądają jak prawdziwe, wielokolorowe kostiumy bohaterów sprawiają wrażenie uszytych przez nich samych, a woda w końcowych scenach… cóż, okazuje się, że jej animacja w „Krainie lodu II” to nie jest szczyt możliwości filmowców, bo wygląda tak naturalnie, że wręcz czujemy jej chłód. Żywe i intensywne kolory zarówno naturalnego środowiska Kolumbii, jak i miejscowego folkloru są fantastycznie odwzorowane, więc z pewnością będziecie oczarowani wizualnymi doznaniami. Obraz na płycie zapisano w formacie 1.85:1, co sprawia, że wypełnia on cały ekran, natomiast dźwięk oryginalny, jak i polski dubbing zapisano w formacie Dolby Digital 5.1.

Na płycie DVD umieszczono dwa materiały dodatkowe. Pierwszym z nich jest „Wprowadzenie do Daleko od drzewa” (2:09), które jest krótkim wstępem reżyserki oraz scenarzystki krótkometrażowej animacji Natalie Nourigat, w którym twórczyni opowiada o samym pomyśle. W tym niedługim intro udało się też zmieścić pierwsze szkice produkcyjne otoczenia oraz wczesne pomysły postaci. Drugim z materiałów jest „Krótkometrażówka Daleko od drzewa” (7:21), która opowiada historię dwóch szopów – mamy oraz dziecka, które wspólnie odkrywają otaczający je świat. Być może nie jest tak przebojowa jak „Znowu my” (dostępna na wydaniu DVD „Raya i ostatni smok”), ale łączy sztukę tworzenia kreskówek 2D z komputerową animacją, co z pewnością docenią Disneymaniacy. 

Abraham Lincoln wygłosił kiedyś słynne powiedzenie, nawiązując do ówczesnej sytuacji w swoim kraju: „Dom rozdzielony niezgodą ostać się nie może”. Ucieleśnienie tych słów obserwujemy właśnie w najnowszej produkcji Disneya, gdy wewnętrzne spory doprowadzają w końcu do fizycznego upadku Casity, która wg pewnych teorii odpowiada za to, iż Mirabel nie otrzymała żadnego daru. Miała to być nauczka dla Almy, by w końcu otworzyła oczy, zaczęła patrzeć głębiej i dostrzegać w członkach swojej rodziny coś więcej, niż ich magiczne moce. Dla nas to cenna lekcja na przyszłość, by skupiać się na wnętrzu i pragnieniach bliskich oraz wspierać ich wtedy, gdy tego potrzebują. Nie jest to pierwszy film Disneya, która porusza ten temat, jednak jeden z niewielu, który w tak obrazowy sposób podejmuje problem skomplikowanych relacji rodzinnych, skupiając się na słabościach i pragnieniach nie tylko głównej postaci, co łatwiej pozwala nam dostrzec w Madrigalach odbicie własnej rodziny.

Recenzja powstała dzięki współpracy z Galapagos Films – dystrybutorem filmu na DVD.

Dystrybutor
Disney
Premiera
26-11-2021 (Polska)
24-11-2021 (Świat)
5,0
Ocena filmu
głosów: 1
Twoja ocena
chcę zobaczyć
0 osób chce go zobaczyć
dodaj do ulubionych
0 osób lubi ten film
obserwuj
0 osób obserwuje ten tytuł
dodaj do filmoteki
0 osób ma ten film u siebie

dodaj komentarz

Możesz pisać komentarze ze swojego konta - zalogować się?

redakcja strony

Arkadiusz Chorób