Jeszcze dziesięć lat temu wszystko wskazywało na to, że trzecia część „Tronu” ostatecznie zamykająca filmową trylogię brawurowo rozpoczętą w 1982 roku finalnie nie ujrzy światła dziennego – w 2010 roku Joseph Kosinski dziś szerzej znany z takich hitów, jak „Top Gun: Maverick” oraz „F1: Film” zadebiutował wówczas jako reżyser pełnometrażowego projektu „Tron: Dziedzictwo” i chociaż kontynuacja przeboju sprzed lat zarobiła ponad 400 milionów dolarów, to kwota ta okazała się nie być wystarczająca, by zagwarantować realizację kolejnej odsłony. Przez pięć lat Disney próbował jednak wskrzesić serię autorstwa Stevena Lisbergera, a filmowiec o polsko brzmiącym nazwisku miał nawet powrócić na reżyserski stołek, jednak plany te spełzły na niczym po zakupie przez studio praw do „Gwiezdnych wojen”. W 2020 roku wydawało się, że w końcu nastąpi przełom – aktor Jared Leto ogłosił, że trwają prace nad futurystycznym widowiskiem w wizji Gartha Davisa, którego on sam miał być gwiazdą, aczkolwiek i ten pomysł upadł, choć jak się okazało nie definitywnie: w trzecim podejściu do swej franczyzy stajnia Myszki Miki postawiła na Joachima Rønninga, odpowiedzialnego za wcześniejsze sequele Disneya, jak „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara” i „Czarownica 2”. Tylko czy ta jedna z najbardziej unikatowych popkulturowych marek w historii kina potrafi jeszcze wskrzesić we współczesnej widowni jakieś emocje poza uczuciem nostalgii?
Fabuła ostatniej części trylogii koncentruje wokół bliskich nam współcześnie zagadnień: zaawansowanej technologii, sztucznej inteligencji i jej wpływu nie tylko na nasze życie, ale i losy całego świata. Liczne moralne dylematy oraz problemy etyczne bohaterów związane ze sposobem użycia AI obserwujemy podczas rywalizacji dwóch technologicznych potentatów – ENCOM i Dilinger Systems, którzy walczą o palmę pierwszeństwa w świecie high-techu. Każda z firm potrafi już wykreowany w cyfrowej rzeczywistości obiekt przenieść do realnego otoczenia, ale tylko na krótki okres dwudziestu dziewięciu minut. Po tym czasie jakikolwiek wytwór sztucznej inteligencji ulega autodestrukcji. Rozwiązaniem tego problemu ma być kod trwałości – niemal mityczny artefakt poszukiwany przez szefów obu gigantów z branży. Gdy stojąca na czele ENCOM Eve Kim wchodzi w jego posiadanie, jej przeciwnik Julian Dilinger nie powstrzyma się przed niczym, aby przejąć upragniony kod od rywalki, by móc zbudować armię cyfrowych superżołnierzy. W tym celu postanawia przetransportować z wirtualnej rzeczywistości Aresa – manifestację programu ochronnego, który przy pomocy specjalnych laserów może zostać dosłownie wydrukowany w realnym świecie, gdzie jego zadaniem będzie przechwycić legendarny kod. Nikt jednak nie przewidział możliwości, że maszyna zacznie odczuwać ludzkie emocje i postanowi samodzielnie decydować o własnym losie...
Dziś mało już kto pamięta, że „Tron” z 1982 roku był dziełem przełomowym w kwestii efektów specjalnych, bo w epoce gdy domowe komputery dopiero raczkowały, ówczesna publiczność zobaczyła wtedy coś, czego nigdy jeszcze wcześniej nie doświadczyła na sali kinowej – pełnometrażowy debiut reżyserski Stevena Lisbergera był pierwszym filmem w historii kinematografii, w którym wygenerowano środowisko w sposób komputerowy, a następnie połączono z żywymi aktorami proponując unikatowy styl wizualny. Wytwórnia Disneya zaryzykowała, inwestując w raczkującą technologię CGI w czasach, gdy była ona zaledwie ciekawostką, niż pełnoprawnym narzędziem pracy, jednak finalnie ten ruch opłacił się jej z nawiązką – chociaż dzisiaj efekty użyte w oryginalnym „Tronie” mogą wydawać się archaiczne, to ponad czterdzieści lat temu wyprzedzały swoją erę i wyznaczyły one kierunek, w którym kino rozrywkowe poszło dekady później, dlatego też trudno uwierzyć, że wytwórni zajęło aż trzydzieści lat, by powrócić do tego świata w kontynuacji „Tron: Dziedzictwo” z 2010 roku. Spektakularne wyścigi na lightcycle’ach, elektroniczna ścieżka dźwiękowa od Daft Punk i futurystyczna scenografia zrobiły wrażenie na osobach, które nie znały nawet pierwowzoru, a Joseph Kosinski wprowadził do fabuły wiele interesujących wątków, jak nowa forma życia ISO i wytłumaczył widzom część prawideł rządzących cyberprzestrzenią.
Koncept przenikania się światów inspiruje filmowców po dziś dzień i nie powinien nikogo dziwić fakt, że ten motyw jest także eksplorowany w trzeciej odsłonie cyfrowej sagi. Jednak w filmie „Tron: Ares” role się odwracają – tym razem to nie ludzie trafiają do wirtualnej rzeczywistości, lecz ona (pod humanoidalną postacią tytułowego Aresa) przedostaje się do świata realnego: i co gorsza niekoniecznie z pokojowymi intencjami. Scenariusz autorstwa Jesse’go Wigutowa i Jacka Thorne’a stara się pogodzić efektowne sceny akcji z filozoficzną głębią dotykając przy tym współczesnych wyzwań związanych z zaawansowaną technologią, jednak w tym starciu zdecydowanie wygrywa warstwa audiowizualna, będąca wizytówką produkcji sci-fi – choć w nowym „Tronie” w odróżnieniu od poprzedników większość spektakularnych scen rozgrywa się na ulicach ziemskiej metropolii, to cyfrowa stylistyka oparta na neonowej estetyce została pomysłowo wkomponowana w świat realny tworząc istny spektakl świateł: mamy klasyczne pościgi na motocyklach świetlnych, widowiskowe walki z wykorzystaniem dysków i innych ostrych narzędzi, a w finale miasto demolowane przez wielki geometryczny konstrukt. Futurystyczny styl stara się też puszczać oko do fanów cyklu – w pewnym momencie Ares trafia do scenerii znanej z pierwszego filmu serii, a słynna gra i design z lat 80. ubiegłego wieku na nowo odżywają dzięki temu zastrzykowi z nostalgii.
W tytułowej roli zobaczymy Jareda Leto, którego angaż już od samego początku nie spotkał się z ciepłym przyjęciem wśród fandomu franczyzy – być może to dlatego, że amerykański aktor zaliczył w niedawnym czasie kilka gorszych występów z niesławnym „Morbiusem” na czele. Na szczęście w filmie Rønninga zdobywca Oscara za „Witaj w klubie” z 2013 roku staje na wysokości zadania jako ucieleśnienie chłodnej sztucznej inteligencji nieoswojonej z ludzkimi uczuciami, czerpiąc garściami ze swojej fascynacji branżą high-tech: na przestrzeni lat frontman grupy 30 Seconds To Mars wzbogacił się nie tylko na muzyce, czy filmach, ale również na inwestycjach m.in. w nowe technologie – w jego portfolio znajdują się m.in. start-upy związane z rozwojem sztucznej inteligencji, serwisami streamingowymi, czy narzędziami kreatywnymi, a jednym z jego ostatnich projektów jest Pika, specjalizująca się w produkcji wideo z wykorzystaniem AI. Wielkim plusem jest udział Jeffa Bridgesa – legendy serii i jedynego aktora, który pojawia się we wszystkich częściach „Tronu”. Jego obecność (także w odmłodzonej wersji) sprawia ogromną frajdę, lecz opiera się na zasadzie cameo, gdyż siedemdziesięciopięcioletni weteran kina dostaje zaledwie kilka minut ekranowego czasu. Żeńską obsadę reprezentuje Greta Lee, która kradnie każdą scenę, w której się pojawia oraz Gillian Anderson jako matka Juliana, choć była Dana Scully pełni raczej funkcję dekoracyjną.
Oryginalny soundtrack stworzył zespół Nine Inch Nails, dla którego nie jest to pierwszy score w płytotece ich rockowej formacji – choć Trent Reznor i Atticus Ross stworzyli już wspólnie dwadzieścia ścieżek dźwiękowych, zdobywając w tym czasie dwa Oscary, trzy Złote Globy, Grammy i Emmy, to dopiero teraz zdecydowali się sygnować filmowy album pełną nazwą teamu, zwiastując nowy kierunek, który da się wyczuć już w promującym singlu „As Alive As You Need Me To Be”, będącym jednocześnie jednym z najbardziej intrygujących dzieł w dorobku grupy. Ponad siedemdziesiąt minut nowej muzyki rozpoczyna energetyczny „Init”, który kontynuuje agresywny „Forked Reality” utrzymany w nieco mroczniejszej konwencji, niż poprzednia ścieżka dźwiękowa Daft Punk. W bardziej melancholijne brzmienia uderzają tracki „Echoes” i „Still Remains” zestawiając delikatną grę na fortepianie z elektronicznym ambientem, czy „100% Expendable”, który nostalgiczne dźwięki podbija dodatkowo retro syntezatorami, choć hołd dla przeszłych dekad zdają się składać bardziej „Building Better Worlds” i „Ghost In The machine”, nawiązujące do ciężkiej stylistyki z lat 80. ubiegłego wieku i score’u Wendy Carlos z pierwszego filmu. Kończąc set twórcy proponują znacznie subtelniejsze tony w „No Going Back” oraz „Out In The World”, zanim „New Directive” z piosenką „Shadow Over Me” przypomną nam o industrialnych korzeniach zespołu.
WYDANIE BLU-RAY
Ostatnia część legendarnej trylogii science-fiction ląduje na dyskach fizycznych standardowo u Disneya po trzech miesiącach od premiery kinowej we wszystkich możliwych formatach: DVD, Blu-ray oraz 4K UHD (choć ten ostatni dostępny jest tylko w kolekcjonerskiej edycji typu „steelbook”), a w sprzedaży znajdziemy też pakiet DVD z wszystkimi częściami serii. Obraz na błękitnym dysku został zapisany w formacie szerokoekranowym o proporcjach 2.39:1, co oznacza, że wyświetli się na telewizorze z czarnymi pasami u góry i dołu ekranu – bez zaskoczenia transfer przygotowany przez Disneya jest czysty i ostry jak żyletka, a użyta neonowa paleta nasyconych kolorów (z naciskiem na niebiesko-czerwoną dynamikę) robi w wysokiej rozdzielczości niemałe wrażenie na widzu. Oryginalna ścieżka dźwiękowa została zapisana w formacie DTS-HD Master Audio 7.1, natomiast polski dubbing otrzymujemy już standardowo jako Dolby Digital 5.1. – obie ścieżki oferują słuchaczom dynamiczny miks, a soundtrack zespołu Nine Inch Nails podkreśla akcję na ekranie szczególnie w sekwencjach z motocyklami świetlnymi. W polskim dubbingu usłyszymy głosy należące do m.in. Macieja Maciejewskiego (Ares), Agnieszkę Więdłochę (Eve Kim), Andrzeja Grabowskiego (Kevin Flynn), Antoniego Pawlickiego (Julian Dillinger), Martynę Szymańską (Athena), Dorotę Segdę (Elisabeth Dillinger), Mateusza Webera (Ajay Singh), czy Pawła Krucza (Seth Flores).
Na wydaniu Blu-ray oprócz filmu znajdziemy także sekcję z materiałami dodatkowymi, które trwają niecałe 40 minut i odsłaniają kulisy ostatniej części kultowej trylogii. Na sam początek zobaczymy „Jak powstawał film „Tron: Ares” (11:41), czyli całkiem przyzwoity making of w pigułce, który stara się choć w kilku zdaniach poruszyć różne aspekty produkcji, przeplatając wywiady z twórcami i obsadą z ujęciami spoza kadru. „Motocykle świetlne w akcji” (6:57) jak wskazuje tytuł skupia się bliżej na futurystycznych maszynach, a jeszcze więcej odnośnie projektów i scenografii dowiemy się z osobnego wideo „Artyzm filmu Tron: Ares” (6:17). Wywiadom z aktorami, w tym z Jaredem Leto i Jeffem Bridgesem poświęcono osobny filmik „Rozmowy z obsadą” (4:55), a na koniec obejrzymy jeszcze „Dziedzictwo serii Tron” (5:12), czyli hołd dla całego cyklu z odniesieniami do dwóch poprzednich odsłon w trylogii i „Sceny niewykorzystane” (2:17), czyli mały zestaw sekwencji, które nie znalazły się w ostatecznej wersji filmu. Statyczne, acz udźwiękowione menu główne jest dostępne w języku polskim.
PODSUMOWANIE
Gdy ponad cztery dekady temu na ekranach kin zadebiutował „Tron”, ta niepozorna historia programisty przetransportowanego do wnętrza komputerowego oprogramowania wciągnęła bez reszty kinomaniaków w świat efektów specjalnych, a sam film przeszedł już do klasyki kina sci-fi z uwagi na zastosowanie innowacyjnej technologii – i chociaż użyta na początku lat 80. ubiegłego wieku animacja w niczym jednak nie przypominała dzisiejszego sposobu kreacji cyfrowego obrazu, to widowisko rozpaliło wyobraźnię fanów gier i informatyków na całym globie, a kinowy seans dla wielu stał się doświadczeniem wręcz formacyjnym i to na tyle głębokim, że zaważył na ich późniejszych zainteresowaniach, czy ścieżce zawodowej. Najświeższa odsłona kultowej franczyzy dopisuje ostatni już rozdział do legendarnej serii i w zasadzie od pierwszej sceny filmowcy jasno komunikują nam, że mamy do czynienia przede wszystkim z produkcją o czysto rozrywkowej strukturze, choć z drugiej strony dotykającą wielu obecnych wyzwań i problemów współczesnej rzeczywistości, jak coraz to dynamiczniej rozwijająca się sztuczna inteligencja. Finał trylogii w wizji norweskiego reżysera mającego wprawę w kontynuacjach marek ponownie przykuwa uszy melomanów wyróżniającym się retro scorem – ten pierwszy soundtrack Trenta Reznora i Atticusa Rosa podpisany pełną nazwą grupy to śmiałe odejście od poprzednich dokonań w CV rockowego duetu „Nine Inch Nails”: dźwiękowa architektura złożona z pulsujących syntezatorów, zniekształconych faktur oraz niepokojących melodii bez ani jednej sekundy orkiestry. Najnowsza muzyka doskonale wpisuje się w filmową konwencję „Aresa” jako nośnika nostalgii – to eksploracja zarówno mroku i światła, jak i melancholii i niepokoju: opowieść o cyfrowym świecie z analogową duszą, przypominająca wszystkim entuzjastom kin, że to przecież w końcu „Tron” wyłożył podwaliny pod dzisiejsze CGI.
Recenzja powstała dzięki współpracy z Galapagos – dystrybutorem filmu na Blu-ray.
Zdj. Disney